Pożegnanie Wali

 

Walentiny nie ma już w zespole blogowym, w więzieniu na Grochowie, na świecie…

Była w naszej grupie niespełna dwa lata. Skupiona, stonowana, zawsze bardziej nastawiona na słuchanie niż wypowiadanie się, życzliwa i sumienna.

Marzyła, żeby nauczyć się języka niemieckiego, zdążyła już zgromadzić materiały.

Ostatnio napisała piękny tekst na bloga o swojej ojczyźnie, Rosji i o Petersburgu.

W sierpniu pisała, że chciałaby się schować pod płaczącymi gałęziami brzozy i zapomnieć o wszystkich codziennych troskach.

Nikt nie pomyślał, że to stanie się tak szybko…

Żegnamy Cię, Walentino.

Redakcja

Rzeczy powszednie

Wprawdzie nie mam dobrych wspomnień z domu, tym bardziej, że przebywałam w nim tylko 11 lat, które były niebem (czasami) i piekłem (częściej), to może napiszę, jakbym chciała, żeby ten dom wyglądał. Mianowicie w domu powinna być miłość, która została zbudowana na fundamentach wzajemnego pomagania sobie w każdej sytuacji, wspierania w chwilach zwątpienia, wzajemnego szacunku, zaufania, spędzania wolnego czasu razem w normalne dni, nie tylko w Boże Narodzenie, Wielkanoc bądź na pogrzebach. Szczere rozmowy oraz akceptacja, niezależnie od tego, kto jakim jest człowiekiem, czy jak wygląda i kim chce być.

By można było z uśmiechem na twarzy, motylami w brzuchu, poczuciem euforii przekraczać próg drzwi, za którymi jest dom.

Jedzenie

Jedzenie kojarzy mi się z relaksem – odpoczynkiem w danej chwili oraz chwilą, w której mogę pomyśleć o czymś innym, np. zaplanować dzisiejszy wieczór „gdzie, z kim i o której”. Rzecz jasna, poza krainą tysiąca komnat i jednego klucza, bo w tej krainie przy jedzeniu mogę się zastanawiać, co w kolejności dzisiejszego wieczoru mam uprać, skarpetki – spodnie – skarpetki? – no z tym, to mam dylemat :).

Słońce

Słońce kojarzy mi się z latem, choć nie tylko o tej porze roku występuje :). Kojarzy mi się z wakacjami, które na zamku trwają 365 dni, relaksem oraz przyjemnością, gdy słońce mnie przypieka.

Słońce kojarzy mi się również z silną motywacją, którą od niego dostaję rano, gdy mnie budzi.

Spacer

Spacer to odpoczynek, czas na przemyślenia, poukładania sobie wszystkiego w głowie. Kojarzy mi się z kondycją, dotlenieniem mózgu i nie tylko. Wiadomo przecież, że bez odpowiedniej ilości tlenu stajemy się jak Edward Patison ze „Zmierzchu” :).

Przyjaźń

To dobre pytanie: z czym kojarzy mi się przyjaźń. Silnym słowem dla przyjaźni jest zaufanie. Bez tego przyjaźń nie ma żadnego znaczenia. Bo po co nazywać kogoś przyjacielem, jeżeli nie można mu powiedzieć, dlaczego płyną ci łzy? Przecież jeśli mu powiesz, będzie ci lżej! No tak, boisz się, że będzie o tym rozmawiał z kimś innym. To nie przyjaźń, to znajomość.

Przyjaźń jest wtedy, gdy ufacie sobie nawzajem, gdy można liczyć na siebie w każdej sytuacji. Przyjaźń to wsparcie, pocieszenie, wspólnych śmiech i płacz, wspólne rozwiązywanie problemów, wspólne konsekwencje, wspólna akceptacja, oczekiwanie na kolejne spotkanie, by można było dowiedzieć się, czy wszystko w porządku.

Przyjaźń to po prostu być bezwarunkowo, pomimo wszystko i przeciw wszystkiemu.

Wolność

Tutaj na zamku wolność kojarzy mi się ze strachem, obawami, smutkiem i tęsknotą. Dlaczego ze strachem?

Bo po tamtej stronie czeka mnie odpowiedzialność – dom, szkoła, praca – ja….

Obawa przed chwilą załamania, zwątpienia, upadku. Smutek – tutaj na zajęciach, pomimo różnych relacji między nami, mam swoją rodzinę, a tam, na wolności, pomimo że mam rodzinę, jest brak akceptacji, tęsknota za osobami, które tu zostają, a są mi bliskie.

Wiadomo, że jak się stąd wychodzi, wszystko zmienia się o 180 stopni. Z czasem zapomnę o tym miejscu, ale nigdy nie zapomnę o ludziach i o tej co w jedną sekundę doprowadza mnie do szału, a jednym gestem sprawia, że zapominam o gniewie.

Chciałabym być wiatrem, wtedy więcej bym napisała o wolności.

No to buziaki.

Pozdrawiam

Batory

Dzieciństwo

„Łowiczanka jestem z samego Łowicza hmm… coś tam, coś tam, wianków nie wyliczam’”.
Tak to jakoś leciało – więc już wiecie skąd pochodzę. Łowicz – zbyt wiele o tej miejscowości Wam nie napiszę. Na pewno mogę powiedzieć, że się tam urodziłam, a z opowiadań wiem, że są tam piękne kościoły, jest też stary zamek (ruiny zamku). Łowicz również słynie z pięknych strojów łowickich, zwanych po ludowemu ”pasiaki”. Jeśli nic Wam to nie mówi, wystarczy spojrzeć na mleko łowickie. W realu są one przepiękne, kogo interesują takie rzeczy, to warto żeby zobaczył.
Chciałam Wam tak naprawdę napisać o szczególnym dla mnie miejscu, w którym przeżyłam wspaniałe 4 lata swojego dzieciństwa, bo tyle było mi dane. Gdy miałam okołu pięciu lat dziadkowie zabrali mnie na wieś znajdującą się pod Łyszkowicami. W tamtym okresie myślałam, że wzięli mnie tylko po to abym im tyrała w polu. Dziś nie jest to spotykane, krzykniesz na dziecko i już masz problemy. Nie byłam zadowolona, gdyż dosłownie we wszystkim musiałam pomagać, na zasadzie zasłużysz, to dostaniesz. Babcia zawsze powtarzała „Za darmo nie ma nic, drogie dziecko, praca popłaca”. Pamiętam jak jeździła 3 km do najbliższego sklepu. Ja uwielbiałam lody, wysyłała mnie na pole, musiałam uzbierać parę łubianek truskawek i kiedy wracałam w lodówce czekał na mnie lód. Tak się przyzwyczaiłam, że jak miałam na coś ochotę, to biegłam z pytaniami, czy trzeba w czymś pomóc. A babcia zadowolona była, że wychowuje mnie zgodnie ze swoimi zasadami, czyli „wilk syty i owca cała”. Złościło mnie to, choć nie mogłam tego okazać, bo wiedziałam, że bierze za mnie pieniądze, które tak naprawdę są moje.
Bardzo bym chciała mieć moc cofania się w czasie, mieć znów 7 lat i przeżyć to od nowa. Byliśmy biedną rodziną, ale kochającą – oni mnie kochali, mnie uczyli kochać. Napiszę prostymi słowami: biedne wieśniaki, nie stać nas było na traktory czy wynajem kombajnu. Wszystko u nas odbywało się ręcznie, my byliśmy traktorami :). Może poza koniem, który bardzo nas wyręczał, np. w bronowaniu, szacun dla konika o imieniu Kropek :). W żniwa szliśmy na piechotę na pole, którego końca nigdy nie było widać. Gdy stałam na górce wydawało mi się, że het pod lasem się kończy piękny widok, same pola. Obok naszej ziemi rozpościerała się przepiękna trawa. Uwielbiałam tam buszować na boso, przyjemnie łaskotała mnie w stopy, żywy dywan. Jednak czas laby szybko się kończył, dziadek już zaczął kosić, za nim babcia, która zbierała trawę w kupki. Dalej moja rola, za nią na samym końcu ledwo widoczna, wiązałam w snopki i stawiałam domki, na które mówiłam indiańskie. W przerwie chowałam się do środka i spożywałam obiady. Babcia jechała do domu 1,5 godziny wcześniej i przywoziła kluseczki domowej roboty ze śmietaną i truskawkami, mniam :).
Czasem znajdowałam też czas na zabawę. Miałam dużą lalę, z długimi włosami, które szybko straciła. Moja wina? Nie! A kto położył nożyczki na stole? :) Lala była bardziej moim pomocnikiem, w niedziele i sobotę po obiedzie, chodziłam za stodołę pilnować małych gęsi, kiedy się pasły. A ja z lalą pod jabłonką prowadziłam dialogi do wieczora. To znaczy, wiecie, gadałam sama ze sobą i teraz też czasem ze sobą gadam. A co? :) Kładłam się na koc, patrzyłam w niebo i z chmur układały się postacie, zawsze mi się to podobało. Sąsiad znów zaczyna, rżnie drzewo aż wióry lecą, hałasuje i zakłóca mój spokój. Nie mogę nic z chmurek ułożyć, bo mnie rozprasza, ale co tam, w zamian za to mam zapach świeżo ciętego drzewa. Ciepły wiatr targa moją grzywkę a ja zamykam oczy i myślę o niebieskich migdałach.
Całą zimę siedziałam w domu. Czasem wychodziłam na kulig, zabawy co nie miara. Dzieciaki ze wsi się zbierały, każdy coś przyniósł, jedni koce, jaśki, inni ciepłe picie. Jeden dorosły i my, zgraja dzieciaków. Mnie dziadek sadzał w drugim rzędzie, bo twierdził, że tam bezpieczniej. Zawsze chciałam na końcu, co z tego, że mogłam spaść. Lepsze to, niż jak koń bąka puścił… nieciekawa sprawa :).
Wiosna na wsi to raj dla zmysłów. Roztapiający lód, który lśnił w słońcu, aby później ukryć się w szczelinach betonu i zniknąć na zawsze. Moja kochana jabłonka, która budziła się do życia. Lubiłam patrzeć, jak pąki otwierają się z dnia na dzień. Chodziłam z konewką wody, która była chyba cięższa ode mnie i uważałam, że to dzięki mnie, bo o nią dbam. W mieście robaka widzimy i trzeba się go pozbyć. Gdy wiosna się budzi, to wraz z nią wszelakie małe stworzonka, którymi natura nas obdarzyła. Babcia zawsze mówiła: ”Wypuść tą mrówkę ze słoika, chciałabyś, żeby Ciebie tak ktoś zamknął? Ona też czuje”. Kiedyś przez stonkę dostałam pasem, bo spóźniłam się do szkoły, a ona przez jezdnię przechodziła i nie chciałam, aby ją auto rąbnęło – dziwna ta babcia, myślałam najpierw, karze mi o nie dbać, a jak to robię, dostaję lanie. Wiecie co to stonka? Szkodnik ziemniaka!

Sianokosy to czas, kiedy pracujesz, pracujesz i końca nie ma chyba nigdy. Rano na pole, czasem na piechotę, czasem wcisnęłam się na siodełko i z płaczem, bo niewyspana. Kijek w dłoń, trząsasz, grabisz… i tak nieraz przez trzy dni to samo, aż siano będzie suche. Potem w kupki na wóz i do stodoły. Moja ulubiona chwila to jazda na wozie, w takim stosie co to kłuje (uwierzcie mi to euforia). Przyjemnością było dla mnie, gdy musiałam iść dwa kilometry, aby krowy na polu przewiązać, a po cichu do kieszeni mały kubeczek, aby udoić od krowy ciepłego mleka z pianką. Nie wolno mi było tego robić, bo krowy mają swoje pory dojenia: rano o 5.00 i 12.00 i np. 20.00, ale co tam, przecież krowa babci nie powie. Nawet jeśli by się dowiedziała, to warto dla takiego kubeczka dostać ścierą po głowie. W drodze powrotnej zatrzymywałam się nad stawami, aby pobawić się z kijankami. Chowałam się, aby mnie nikt nie widział. Zawsze obiecywałam, że zaraz wrócę i nigdy nie dotrzymałam słowa, to było silniejsze ode mnie.

Niedzielny obiad babci pobudzał kubki smakowe. Już w sobotę cały dom wypełniony był zapachami wypieków. Makowiec w jej wydaniu to mistrzostwo, jabłecznik ze zeszłorocznych jabłek ze słoika oraz sernik – ze swojego sera. Chlebek sama piekła z prawdziwym masłem, z wędzoną kiełbasą zrobioną przez dziadka. Przeżycia nie do opisania. Jeszcze lepsze przeżycia miałam, kiedy wsadziłam łapę do wędzarni, aby uszczknąć choć kawałek, bo mi ślinka leciała i się poparzyłam.
Kochane Ludziska wspomnień pięknych z tego jakże przecudownego miejsca mam tak dużo, że mogłabym książeczkę napisać. Nie wiem, czy to się zmieści, ale powiem Wam jedno: cieszę się, bo choć jestem biednym człowiekiem, nawet własnego lokum nie posiadam, ale czuję się bardzo bogata właśnie przez te 4 lata najcudowniejszych wspomnień, których nikt ani nic nie jest w stanie mi zabrać. Mogę zgubić coś, mogą ukraść mi portfel, ale moje wspomnienia są bezpieczne, ponieważ do końca pozostaną w mojej głowie oraz serduchu.
Najwspanialszej kobiecie, którą była moja babcia, dwa słowa, których nigdy nie miałam okazji jej powiedzieć: Dziękuję, za dzieciństwo, kocham, bo Ty mnie tego nauczyłaś.
Przepraszam, że nie byłam wnuczką, jaką powinnam być.

Pozdrawiam wszystkich, którzy nas czytają i wspierają. Szczególne podziękowania dla Dagi za odpis Moja Strata – moje straty.

DADA

 

Moje miejsce na ziemi

Moje miejsce na ziemi okazało się bardzo skromne.

Gdy byłam małym dzieckiem marzyłam o przeprowadzce, wyobrażałam sobie piękne domy i urocze podwórka, ale okazało się, że to, co kiedyś wydawało się początkowym przystankiem, jest moim azylem, za którym tak bardzo tęsknie.

Nie napiszę nazwy dzielnicy, nie dlatego, że się jej wstydzę, lecz dlatego iż pragnę byście mogli zobaczyć ją moimi oczyma i przez moje odczucia. Podpowiadam tylko, że dzielnica przeze mnie opisana znajduje się w sercu naszej pięknej stolicy, podzielona torami kolejowymi na „nową” i „starą”- to tylko podział topograficzny.
Dla mnie to zaklęta okolica (dla niektórych przeklęta, ale na pewno magiczna). Czas się tam zatrzymał, choć przyjezdnych przybywa, tak naprawdę nic się tam nie zmienia. Wracam do obrazu pięknych kamienic częściowo przed i powojennych, specyficzny zapach klatek schodowych, drewnianych i betonowych, niekiedy czuć na nich smród miejskiego szaletu – ale nie to jest istotne.
Wspomniałam już, że czas się tam zatrzymał. Warunki mieszkaniowe w większej części dzielnicy przypominają czasy powojenne, toaleta na klatce, z której korzystają wszyscy mieszkający na tym samym piętrze. Pomyślicie, że to niesanitarne? Pewnie tak jest, ale za to jak zbliża ludzi do siebie. Sąsiedzi nie są obcymi ludźmi, których codziennie mija się na ulicy, w końcu nie dzielą z nami tylko budynku. Podwórka zalane asfaltem (to w miarę nowy materiał budowlany), tzw. studnie, kiedyś tak mnie wkurzały, teraz są dla mnie wyjątkowe. Coś co inni oglądają na filmach bądź ilustracjach książek, albumów, ja miałam na co dzień.
Dzieci nie bawią się w piaskownicach, bo takowych nie ma. Może kilka podwórek, dalej gdzieś postawili jeden na tysiąc nowy blok, wtedy dzieciaki spod kapliczek na asfaltowym podwórku ruszają gromadą na coś nowego, wysłany piachem plac zabaw. Nie zdarzyło się, by długo wytrzymał taki placyk i napór dzieci i młodzieży z całej okolicy kończy się urwaną huśtawką, pękniętą zjeżdżalnią czy połamanymi ławkami. Sztachety z płotka okalającego placyk wykorzystywane są później w Inny sposób, co młodzieży daje największą frajdę. Po takim mało wytrwałym placu zabaw zostaje wspomnienie, zaraz obok powstaje nowy. Są również obiekty sportowe wybudowane ze środków Unii Europejskiej. Przepiękne boiska, korty tenisowe nawet baseny. Przechodząc nieraz obok zastanawiałam się czy to nie atrapy, bo nie widziałam żadnego dziecka bawiącego się na tych wspaniałych obiektach, jedynie od czasu do czasu robił obchód ochroniarz.
Dzieckiem już nie jestem, więc poszkodowana z tego tytułu się nie czuję.
Jest to w jakiś sposób zapomniana dzielnica, ale nie przez dzielnicowego i jego żołnierzy. Mijamy się codziennie, chyba nas tam liczą jak w getcie, ilu ludzi przybyło, ilu wybyło, a ilu już nigdy nie powróci. Panowie policjanci chcąc umilić najmłodszym czas, robią uliczne dyskoteki włączając niebieskie kolorofony i niczym na imprezie techno, krzyczą coś przez megafon, nikt nie rozumie co krzyczą ale to nie istotne, to sygnał do ucieczki.
Wieczorami można poczuć się jak w Las Vegas, dorośli też muszą mieć rozrywki. Co 100-200 metrów sklepy nocne zapraszają świecącymi neonami do środka, w co drugim stoją automaty do gier, więc jak tu nie prowadzić rozrywkowego, nocnego życia w stylu retro? Na pewno każdy słyszał kiedyś o „metach”, alkohol i papierosy bez banderoli oraz inne specyfiki. Uwierzcie, na filmach pokazują prawdę! – to się dzieje.
Słynny na całą Polskę bazar nie jest już centrum handlu ulicznego, z racji na jego historyczny charakter, jeszcze go nie zburzyli tylko zwęzili. Ale chwila… przejdźmy 300 m dalej – jest! Na miejscu starego dworca kolejowego łączącego Warszawę z Wołominem powstał nowy, a nad nim dzieło sztuki CENTRUM HANDLOWE nowej generacji. Po latach stało się również sercem dzielnicy tętniącym życiem. Każdy kto wspomni o tym miejscu, ma uśmiech na twarzy- każdemu przypomina jego osobiste wspomnienia.
Mamy w okolicy ZOO, piękną katedrę św. Floriana i punkt lokalizacyjny , czyli pomnik… a nie! Przepraszam, pomnika i zegara już nie ma, zburzyli w imię drugiej linii metra. Bliżej mojego domu jest Dworzec Wschodni i Bazylika N.S.J , w której byłam chrzczona, a 23 lata później brałam ślub.
Żeby nie było tak ponuro wspomnę o zajezdni, w której zasypiają i budzą się co rano tramwaje warszawskie, o parku i skwerkach.
I chyba już nie muszę pisać, że chodzi o warszawską Pragę Północ. To jest właśnie ten mój azyl…
Mieszkam w „starej” części Pragi, choć więcej tu nowej infrastruktury i bloków niż na „nowej”, ale klimat pozostaje ten sam. Moja koleżanka, Korba, mieszka właśnie w tej „nowej” części i nie do końca zgadzamy się co do jej nazwy „NOWA PRAGA”.
Nadal ludzie, rodowici Prażanie mówią: „Co praskie, nie warszawskie”, po 31 latach zaczynam to rozumieć. Związana z Pragą jestem od zawsze, tu mieszkam, tak jak moi rodzice i dziadkowie. Wyprowadzałam się sześć razy i tyle samo razy wracałam.

Tęsknie codziennie do tego miejsca i ludzi. Tam się czuję bezpieczna i mogę być sobą. Żal mi jednak będzie, gdy czas się tam ruszy, bo zaklętych miejsc się nie zmienia.

POLI

Zapraszamy do więzienia, czyli spotkanie z czytaczem eWKratke

 Więzienie może być „przyjemnym” miejscem, kiedy goście mogą wchodzić i wychodzić. Kiedy spotykamy i poznajemy nowe osoby, to szczególnie przyjemne przeżycie. Oto Michał z Ursusa, żartowniś. Szczupły i wysoki. Ma piwne oczy i ładny uśmiech. Jedynak spod znaku koziorożca.

 Zna nas z bloga. Dziś my go mamy możliwość poznać.

 - Ile masz lat? Zgadujemy: 25? 30?

- Mam 28 lat.

  ♦

- Ile masz wzrostu? 180? 185?

- W dowodzie wpisali mi 191 cm, a na komisji poborowej 193 cm.

 ♦

- Jakieś znaki szczególne? (Czujemy się jak na komendzie…)

- Tatuaże na przedramionach. Przedstawiają chińskie znaki, które oznaczają siłę i wolność oraz moje imię Michał w chińskim wydaniu.

 ♦

- Jakie są Twoje zalety?

- Zalety? Trudno mi o nich mówić.

 ♦

- No, spróbuj.

- Jestem pomocny, pracowity, punktualny (dziś tu byłem 20 minut przed czasem), skromny (przesadnie), odważny, ciekawy ludzi.

 ♦

- A wady? Podaj choć pięć…

- Nerwowy (szybko się denerwuję), bałaganiarz, pedant w kwestii czystości. Szybko się poddaję, trochę taki słomiany zapał. Poza tym jestem idealny ;).

 ♦

- Skąd jesteś?

- Pochodzę z Warszawy i mieszkam od małego z dziadkami.

 ♦

- Jakie masz wykształcenie?

- Skończyłem technikum samochodowe. Moją pasją są auta i tuning samochodów. Pracuję w zawodzie.

 ♦

- Jak spędzasz wolny czas?

- Wieczorami jeżdżę z kumplami samochodami po mieście. Mam ogromną frajdę, gdy siedzę za kierownicą. Skutkiem ubocznym moich zainteresowania była nawet utrata prawa jazdy za punkty.

 ♦

- Lubisz zwierzęta?

- Bardzo lubię. Mam psa o imieniu Sindi, jest pitbullem. Spędzam z nim dużo czasu.

 ♦

- Szkoda, że nie możesz z nim do nas przyjść… Uprawiasz jakiś sss… sport?

- Sporty walki, a dokładnie tajski boks i uwielbiam jeździć na rowerze. Latem z Ursusa będę przyjeżdżać do Was rowerem.

 ♦

- Czy oglądasz filmy, czytasz książki?

- Nie czytam książek, czytam Waszego bloga.

 ♦

- Jak na niego trafiłeś?

- Przypadkowo. Kiedyś zainteresowała mnie historia człowieka, który niesłusznie został aresztowany. Zacząłem interesować się tą sprawą i tematyką i tak przez czysty przypadek trafiłem na Waszego bloga.

 ♦

- Doktor Google Ci go polecił ;). Na blogu napisałeś, że warto zorganizować spotkanie czytaczy z nami, autorkami. Dlaczego chciałeś nas poznać?

- Na eWKratke doszedłem do rozdziału „O Autorkach”, przeczytałem wszystkie opisy i doszedłem do wniosku, że musicie być miłymi osobami. Zrobiło mi się Was żal, jako matek i ogólnie ludzi w izolacji. Sam kiedyś doświadczyłem izolacji, bo byłem długo w szpitalu, choć pewnie tego nie można porównać. Leżałem z problemami brzusznymi na Banacha i pamiętam przymałe łóżko i złe jedzenie. Nie tyle niesmaczne, co mało go.

 ♦

- Czy często zaglądasz na bloga?

- Codziennie.

 ♦

- Czego na nim nie lubisz?

- Denerwują mnie wypowiedzi pani o nicku #Zula. Uważam, że nie można oceniać ludzi, jeśli wielu rzeczy się samemu nie przeżyło.

 ♦

- Pani Zula powinna uważać z ocenami nas, bo sama tu może trafić przez przypadek ;).

- Każdy tu może trafić. Na przykład są ludzie, którym alkohol się rozkłada wolniej w organizmie i po imprezie nawet po przespanej nocy wsiadają do samochodu i nie zdają sobie sprawy, że na alkomacie wyjdzie powyżej 0,2 promila. Spowodują wypadek i gotowe.

 ♦

- Jesteś w związku?

- Od pięciu lat jestem singlem, ale mam zamiar założyć rodzinę.

 ♦

- Jesteś wierzący?

- Wierzący tak, ale nie „kościelny”.

 ♦

- A przesądny?

- W sensie, że czarny kot przebiegł mi drogę? Nie!

 ♦

- Jakiej muzyki słuchasz?

- Hip-hop. Mój ulubiony wykonawca to Chada.

 ♦

- On chyba siedzi w więzieniu?

- Tak, jeszcze siedzi, bo nawywijał na przepustce.

 ♦

- Jakie są Twoje wrażenia po spotkaniu z nami?

- Bardzo miłe. Moje zdanie o Was nie zmieniło się. Umocniłem się w przekonaniu, że jesteście otwartymi, wesołymi ludźmi. Chętnie tu powrócę… :)

 ♦

- Zapraszamy więc do więzienia :).

Wywiad przeprowadziły (w kolejności alfabetycznej): Dada, Kajzerka, Korba, Małgosia, Miśka30, Poli.

♦♦♦

Wyjątkowy dzień…. :-)

Pewien czwartkowy poranek niby zaczął się jak każdy inny, pobudka, spacer z psiakiem.
Jednak tego dnia pojechałem w inną stronę niż w każdy inny dzień o tej porze…
Dzięki ogromnej uprzejmości pań z Fundacji „Dom Kultury” miałem przyjemność odwiedzić dziewczyny z warszawskiego Aresztu Śledczego na Grochowie, autorki bloga eWKratke.

Wiele osób by pomyślało – straszne miejsce, element, margines, po co brać wolne w pracy, aby tam jechać…. A ja miałem totalnie odwrotne uczucia. Cieszyłem się, że tam jadę, z przyjemnością wstałem rano i udałem się na dworzec PKP. Podczas podróży pociągiem myślałem nie o tym, jakich to ,,złych” ludzi tam spotkam, tylko o tym, czy panie mnie polubią, czy dobrze wypadnę w ich oczach, ponieważ bardzo mi na tym zależało :-)

Można by powiedzieć, że ku mojemu zaskoczeniu (choć z drugiej strony nie, ponieważ nigdy nie oceniam ludzi ani nie klasyfikuję), dziewczyny okazały się mega miłe, przyjazne, rozmowne, ciepłe, a do tego ładne :-) :-)

Czas przeznaczony na spotkanie zleciał bardzo szybko, myślałem że to dopiero 20 minut, a tutaj już koniec….
Na zakończenie chciałbym poruszyć dwie sprawy. Jedno spostrzeżenie a druga to prośba ;-)

1. Spostrzeżenie – ponieważ poznałem te osoby, mogę powiedzieć że są to jak najbardziej normalni ludzie. Z każdą mogę się kumplować, zarówno podczas ich pobytu tam, jak i na wolności ;-)
Nie wolno klasyfikować ludzi – bo my, społeczeństwo, znamy tylko końcówkę ich historii, znamy tylko wyrok… To jest tylko ułamek obrazka, wierzchołek góry lodowej, a jak wiadomo większość góry lodowej jest pod wodą….

2. Mam nadzieję i bardzo chce się też przydać w przyszłości. Będę ze swojej strony robił, co mogę, chętnie będę odwiedzał dziewczyny celem rozmowy, pomocy czy realizacji jakichkolwiek innych inicjatyw. Jest to swego rodzaju prośba do przemiłych pań :-) z Fundacji „Dom Kultury”, abym mógł autorki bloga odwiedzać i dawać coś od siebie ;-).

Pozdrawiam i jak zawsze całuję cieplutko :-)

Michał z Ursusa :-)

Nasze ikony

I w sumie mogłabym zacząć o ikonach pop-kultury, typu Michael Jackson, Madonna czy Depeche Mode :), ale ja autentycznie tym razem o ikonach chcę pisać. Takich prawie najprawdziwszych, choć nieudolnych, bo też są fajne.
Od jakiegoś czasu odwiedza nas Łukasz, który jest konserwatorem zabytków, takim z krwi i kości, i jeszcze z zamiłowania.
Najpierw opowiadał nam o tym, czym się zajmuje i muszę powiedzieć, że do opowiadania ma dryg, bo nie dość, że słuchałyśmy z szeroko rozdziawionymi buziami, to zaraz po tym miałam ochotę biec i szukać skarbów na każdym jednym napotkanym strychu – nie tylko kościelnym ;). Pokazał nam na zdjęciach efekty swojej pracy i naprawdę robi to wrażenie.
Tak nam się to spodobało, że na samym opowiadaniu się nie skończyło.
Pomimo ogromu pracy, Łukasz wpada do nas w miarę możliwości i teraz tworzymy ikony.
Żeby być dokładną: piszemy ikony.
Ja wybrałam sobie archanioła Gabriela i do pewnego etapu tworzenia go było całkiem ładnie – jak na pierwszy raz i jak na osobę, która nie ma żadnych zdolności plastycznych. Ale zaczęły się schody.
Było przyzwoicie do chwili, gdy po pozłoceniu trzeba było zacząć malować. No taka „kolorowanka”, że daj pan spokój! Kiedyś przy kolorowankach to trzeba było zwracać uwagę, żeby nie powyłazić za kreskę, a tu taka technika, że zginęłam, gdy musiałam mieszać farby o takich kolorach, których nazw już nawet nie pamiętam.
Cieniować to nie potrafię w ogóle, więc na tym etapie, na którym został, mój Gabriel wygląda raczej jak klaun z książki „To” S. Kinga, a nie archanioł!
Jeszcze się go nie boję, ale jak tylko zobaczę gdzieś baloniki, to padnę trupem jak nic!
Mam nadzieję, że na kolejnych zajęciach uda mi się z pomocą sił wyższych lub raczej Łukasza doprowadzić moją ikonę do stanu oglądalności. Wtedy może pstryknie się fotkę, żeby nasi Czytacze mogli też popatrzeć. Chociaż takiego Kingowskiego też by można Wam pokazać – jak już nie spać, to nie spać – i tym sposobem przejdziemy do „Bezsenności” też Kingowskiej.
Ale tak na poważnie, pisanie ikon to nowe doświadczenie bardzo przyjemne dla mnie.
Oczywiście, przypomina mi się taka historia sprzed kilku lat, gdy bodajże w Hiszpanii w jednym z kościołów był fresk z twarzą Jezusa i z braku może funduszy nie był on restaurowany. Jedna z tamtejszych parafianek, domorosła konserwatorka, postanowiła zająć się sprawą i po swojemu DOMALOWAŁA Chrystusowi twarzyczkę. Wszystkie telewizje pokazywały tą twarzyczkę, bo bohomaz wyszedł pierwsza klasa.
Teraz my pokażemy nasze archanioły z naszymi buźkami i zdetronizujemy tamtą panią na bank.
Mam jednak nadzieję, że efektem końcowym pracy nad naszymi ikonami będą twarze, na które da się patrzeć bez lęku :).
Pozdrawiam, Małgosia

Ach, cóż to był za grill…

Ponieważ Aneta B z grubsza opisała tą historyczną imprezę, to nie będę się jakoś zbyt szeroko tu rozwodziła.

Jeszcze raz chciałabym podziękować WSZYSTKIM osobom, dzięki którym to spotkanie mogło mieć miejsce.

Dla mnie było to wielkie coś, bo nie dość, że miałam okazję posiedzieć z moją przyjaciółką i pogadać, to jeszcze najadłam się przypalonej na węgiel kiełbaski aż „po kokardę” ;). Zwęglona kiełbaska + zwęglony chlebek = umorusana gęba i brudne ręce. Radocha była ogromna. Czarne od węgla żabki szczerzyły się maksymalnie i jeszcze po powrocie do celi czułam zapach, bo wszystko osiadło elegancko na ubraniu. Śmiałam się sama z siebie w głos, bo tylko prosiłam Batorego „przypal tą kiełbasę i zjaraj chlebek”. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio najadłam się aż tyle węgla :). Zakładam, że gdybym mocniej ścisnęła pośladki, to wypadłby spory diamencik ;).
I tym głupkowatym zdaniem skończę ten mój pościk ;).

Małgosia

BÓL PRZEBUDZENIA

Za każdym razem gdy otwieram oczy i z powiek strzepuję resztki snu, próbuję z pierwszym świadomym wdechem wchłonąć w siebie obietnicę, którą obdarza mnie kolejny świt. Obietnice na odzyskanie samoświadomości, którą przez ostatnie lata skutecznie w sobie stłamsiłam.

Świadomość znienawidzoną, zmuszającą mnie do patrzenia w jej zwierciadło. Nie chciałam patrzeć, ponieważ to, co z każdym mijającym rokiem pokazywało, przestawało mi się podobać. Nie chciałam przyznać, że ta odbijająca się brzydota – to ja… Gdy sumienie waliło po głowie, zamykałam umysł. Świadomość gasła. W moim wnętrzu zagościł mrok pokrywając resztki tego, co dobre i jasne. Nie dostrzegałam już nic, błądziłam po omacku, gubiąc się we własnych labiryntach, o których istnieniu nie miałam nawet pojęcia. Popychały mnie już tylko złe pragnienia, coraz bliżej dna duszy. Zatraciłam się w nich. Przestałam odczuwać w sobie człowieczeństwo. Przestałam chcieć żyć i dążąc uparcie do samodestrukcji, topiłam się w narkotycznej iluzji fałszywego szczęścia i szybkiej śmierci.

Jednak życie nie zrezygnowało ze mnie, pchnęło los do działania a ten uwięził mnie, wstawiając kraty w okna i wykręcając klamki z drzwi. Skazał mnie na konfrontację z samą sobą. Postawił mnie przed gniewem sumienia, które stało się moim największym sędzią i najgorszym katem. Nie sposób stąd uciec – przed swoimi lękami i deficytami, które muszę w końcu zaakceptować lub z nimi walczyć, a nie jak dotąd wypierać.

Narzucona trzeźwość spełnia swoje zadanie. Zdziera wrośniętą zasłonę z mych oczu, rozprasza mrok zapomnienia. To mozolny i bolesny proces. I tak powoli każdy dzień otula mnie wspomnianą obietnicą przebudzenia. Każdy oddech o poranku wtacza w mój umysł świeży powiew świadomości A świadomość małymi promykami rozświetla moje serce i rozpala wiarę. Choć wiem, że zanim światło zabłyśnie swą jasnością we mnie, czeka mnie nieunikniony szok. Uderzy we mnie niedowierzanie nad ogromem czekającej mnie pracy i koniecznych zmian.

Wierzę, że sobie poradzę. Tęsknota za życiem w blasku dnia wpompuje w moje serce chęć pojednania się z nim!

ISTNIENIE

Przekroczyłam granicę rzeczywistości
Krocząc drogą bez powrotu
Pogrążając się w ciemnej otchłani ludzkiego wnętrza.
Błądząc korytarzami znaczeń wokół własnej duszy
Labirynt strachu i ignorancji
- to nienawiść.
Proste słowa tłumaczą złożone myśli
A ja nie chcę dziś myśleć!
Nadszedł czas szybowania w przestworzach ludzkiej natury
Wczoraj śniłam na jawie: Byłam wolna!
Wir moich myśli huczał mi w głowie
I tylko wodospady ciszy grały w rytm swoich narodzin
To wszystko i nic
Jestem tylko ja i mój strach
Tym większy im bardziej staram się go stłumić
Jak czas odlatuje moja dusza i jak ja odchodzi
Ponad płomienie nieświadomości
W zakątkach mej psychiki tworzy się myśl
Myśl człowieka zagubionego
Widoczna przez pryzmat tego co przeżyłam
To przykre doświadczenie losu
Pozostała mi już tylko walka o jeszcze kilka kolejnych chwil!
Ale po co?
- By zaistnieć!

Marita

Znalazłam Cię…

Nawet bym nie pomyślała, że znajdę Cię w takim miejscu, pośród „tych” ludzi… A jednak znalazłam, jesteś tu… Jesteś różą wyrastającą na tym fałszywym, bezdusznym ludzkim zbiorowisku…

Kiedyś miałam przyjaciółkę, to były szczenięce lata, nasze drogi w dorosłość w końcu się rozeszły. Myślałam, że już nigdy ktoś taki nie pojawi się w moim życiu, nie stanie na mojej drodze. Jednak los chciał inaczej.

Zjawiłaś się w jednym z najgorszych momentów mojego jestestwa, wtedy gdy wszyscy się ode mnie odwrócili, zapomnieli.

Ty mimo wszystko i przeciw wszystkim byłaś i jesteś do dziś, moja kochana przyjaciółko.

Dziękuję, że byłaś, jesteś i że będziesz. A wiem, że będziesz, Justynko. W Twoich oczach widzę to zrozumienie, inni mają tylko puste spojrzenie.

Życzę Wam wszystkim takiej bratniej duszy, jaką ja znalazłam. Wystarczy, że na siebie spojrzymy i już wiemy, o co chodzi. A jej oczy… Jej oczy są najdroższe, bo prawdziwe.

Dziękuję Ci, że jesteś, Kitka.

Twoja zawsze ta sama,

Iluś

Ilona

Sen o śnie

Poranny apel budzi we mnie codzienną, ospałą rutynę. Miska już czeka, by objąć sobą wpadającą w jej ramiona wodę. Zielone, więzienne mydło wsiąka w skórę zapachem zniewolenia. Gorzki smak czarnej kawy jest marnym substytutem słodkiej wolności, próbując w ten sposób podarować sobie chwilowe znieczulenie, pozorne zaleczenie frustracji.

Oczy skrywają skraplające się rozgoryczenie za zasłoną nikotynowego dymu. Nie chcę, by ktokolwiek dostrzegł brak wiary w przyszłość. Dłonie zaciskają się niecierpliwie przejmując chłód stalowej kraty, by ostudzić rozgorączkowane myśli. Dusza wciąż nie chce dołączyć do mnie zza muru porzuconych wspomnień.

Czas wlecze się opornie, a ja nie mam tej mocy, by go ponaglić. Niestrudzenie i mozolnie liczę więc pełzające minuty, godziny i kolejne dni dzielące mnie od powrotu do „niej”.

Znużone tęsknotą ciało zasypia układając się z poduszką na nocną ucieczkę w równoległe światy. Tylko trwała obojętność ściany niezmiennie stoi na straży mego więzienia. Delikatnie lecz bezpardonowe dotknięcie małej rączki wytrąca ze mnie sen. Wizualizuje się przy mnie moja Anetka: ”Obudź się, mamusiu, obudź!”. Uśmiecha się figlarnie. To najpiękniejsza melodia dla mych głodnych uszu. Identyfikuję rzeczywistość: „Boże, ale miałam straszny sen!”. Przez ułamek nieświadomości przeszłość próbowała podstępnie zagarnąć mnie dla siebie. Patrzę wciąż niedowierzając na córeczkę, a usta rozciągają się i zastygają w uśmiechu jakby wciśnięto mi w nie wieszak. Nadrabiam wykradziony przez noc czas, a on nadwyrężony i wyeksploatowany przez nasze szczęśliwe, wspólne chwile odpręża się w otchłani naszej miłości. Zawstydzone słońce rumieni się czerwienią swojego zachodu żałując, że musi poddać się biegowi ziemi. Sercem w serce wtulone, my dwie płyniemy do gwiazd nocy, która już obiecuje jutrzejszy początek. I nagle, delikatny lecz bezpardonowy głos współosadzonej Anety wbija mnie w  świt codziennej ospałej rutyny: „Obudź się, Marita, apel!!!”. Nie otwieram oczu, by nie przyjąć narzuconej prawdy, a świadomość nie chce pożegnać sennego marzenia „Boże, ale miałam piękny sen! Przez jedno mgnienie oka znów miałam dom”. Przeszłość ze mnie zakpiła, a ból wyciska z oczu rozżalenie, które stacza się po policzku i osiada na ustach, tak dobrze znanym, słonym smakiem. Zmywam go goryczą kary i ponownie zaczynam odliczanie.

Marita