Wschód – Zachód

Polska nie jest wielkim krajem. Podróżowałam po niej często. Na wolności na wiele rzeczy nie zwraca się uwagi, jednak po tej stronie zupełnie inaczej postrzegamy świat. Rzeczywistość jest trochę inna, ma inne odcienie.

Chcę napisać o ludziach, których spotkałam w Grudziądzu w czasie mojego trzymiesięcznego pobytu w ZK nr 1.

Poprzednim razem byłam tam w 2003 r. Trzynaście lat temu byłam gówniarą i mało jeszcze o życiu wiedziałam. Chwaliłam sobie Grudziądz, dlatego pełna optymizmu jechałam i tym razem. Okazało się, że moje wspomnienia były zakłamane – „bilbordy kłamią”.

Większość, stanowcza większość towarzystwa, które tam spotkałam, pochodziła z zachodniej części Polski, a dokładnie z województwa zachodniopomorskiego. Pełna pozytywnej energii i pozytywnego nastawienia do życia, które uważam za wielki dar, przybyłam do Grudziądza. Co tam zastałam?

Masę młodych dziewczyn, bez wyrazu twarzy. Niechęć do wszystkiego aż od nich raziła. Pomyślałam, że coś złego musiało się tu wydarzyć. Nastroje panowały jak po II wojnie światowej i tylko problemy, po których panował ten nastrój były błahe, bez jakiegokolwiek znaczenia. Ile lat żyję, nie widziałam tak smutnych ludzi. Jakby byli zarażeni wirusem niechęci.

Postawiłam sobie nowy cel: zmienić nastawienie tych ludzi. Byłam pełna zapału, jednak poległam. Za dużo nienawiści, smutku i paranoi. Tak mnie przytłumiła ta atmosfera, że strach pojawił się we mnie, strach, że stanę się taka, jak oni…

W samą porę pojawił się transport, który zabrał mnie z powrotem do stolicy. Uśmiech nie znikał mi z twarzy przez całą drogę. Dojechałam i znowu poczułam tę radość z otaczających mnie ludzi. Dziękuję Dziewczynom za te uśmiechy i radość życia. Dajecie mi siłę i chcę również Wam ją dawać.

Zastanawiam się, dlaczego 300 kilometrów robi tak wielką różnicę w mentalności ludzi? Nie znam odpowiedzi, ale znam odpowiedź, gdzie chcę pozostać, w trakcie odbywania kary i po wyjściu – w Warszawie, pięknej i chaotycznej Warszawie, za którą przelali krew Powstańcy w 1944 roku.

Jak wiele zmienia uśmiech.

Poli

Nasze wymarzone wakacje, czyli sezon ogórkowy w pełni

Moje wymarzone wakacje to wakacje z dziećmi, obojętnie, w jakim miejscu, w Polsce albo zagranicą, oby na wolności.

Rybcia

  ♦

Chciałybyśmy spędzić wakacje nad morzem, w gronie rodzinnym, minimum dwa tygodnie. Oczywiście nad naszym polskim morzem.

Błękitne miękkie fale na fioletowym tle, a małe białe kraby chodziłyby bokiem.

Permanentny zachód słońca, kolory wyraziste – odcienie i nasycenie.

Wszystko dla nas fajne.

Palma przy palmie (to już zagranica :) i my – chillautowe wakacje, stan ducha.

Thx.

Ilona i Batory

 ♦

 

Moje wymarzone wakacje w tym miejscu to po prostu wizja w mojej fantazji. Chcę przenieść się do „carskich ogrodów”, gdzie są róże, jeziorko, a w nim pływające łabędzie – raj na ziemi.

Wala

 ♦

 

A ja chciałabym (już kiedyś o tym pisałam) cygańskim wozem pojeździć po całej Europie.

Małgosia

  ♦

Chciałabym pojechać w trasę i zwiedzić zamki w naszej Polsce, bo czytałam ostatnio, że mamy ich wiele i są bardzo interesujące. Zwiedzać je z plecakiem na plecach i spać w namiocie.

Monika

  ♦

Góry, morze, plaża, słońce – ciepły klimat, w egzotycznym kraju. I ja wraz z przyjaciółmi opalająca się na plaży, bawiąca się wieczorami – tego teraz pragnę.

Sarna

  ♦

Moje ulubione miejsce na wakacje to las, łono natury z dala od zgiełku, ludzi. Zupełnie odcięta od świata. Nocne ogniska. Tylko ja, mój ukochany i przyroda. Od wielu lat tak spędzam wolny czas. Jest super – polecam.

Dada

 

 

Moja strata, moje straty

1-DSC_0865

Moją największą startą jest to, że pozwoliłam sobie odebrać dziecko.

A najgorsze w tym jest to, że ja przez wiele lat obwiniałam za to innych – w sobie nigdy winy nie szukałam.

„Przecież ja jestem dobrą matką” – tłumaczyłam sobie.

Bardzo dużo czasu minęło zanim uświadomiłam sobie, że to ja zawaliłam. Dziś Bogu dziękuję, że udało się tak, że moja Kati została w rodzinie. Wkrótce kończy 15 lat.

Nadejdzie dzień, że będę musiała z nią stanąć twarz w twarz i rozliczyć się z błędów, które popełniłam i możliwe, że mi wybaczy. Tylko jest jeden problem – ja nigdy nie wybaczę sobie. Nie potrafię zapomnieć tych straconych lat, najpiękniejszych, kiedy mogłam ją usypiać, przytulać, czytać jej ulubione bajki. Czasu cofnąć się nie da.

Słuchałam innych matek, które miały podobne problemy, jak mówiły o utracie swoich pociech i o tym, że po latach zostało im wybaczone. Są takie zadowolone, że dzieci im wybaczyły. A co z ich sumieniem? – pytam. Przecież to nie napis, zmazać gumką się nie da.

Może niektórzy tak uważają, że to wystarczy. Jest po sprawie, zamykamy ten rozdział.

Dla mnie nigdy tak nie będzie.

Do końca życia będzie mnie prześladować myśl, że mogłam zrobić więcej, aby ją przy sobie utrzymać. Nie ma sytuacji bez wyjścia, jak się chce. Wariant jakiś zawsze jest. Szkoda, że tak późno to dostrzegłam.

Uważam też, że poszłam trochę na łatwiznę. Wiedziałam, że Kati zostanie w rodzinie, nie zazna głodu, domu dziecka. Nikt jej nie skrzywdzi, tak jak mnie. Tylko nie wzięłam pod uwagę, że w danym momencie to ja ją bardzo krzywdzę swoją nieobecnością.

Jestem twarda. Życie dało mi w kość. Mimo wszystko po upadku podnoszę się i staram iść dalej, ale myśl o tym, że utraciłam Małą, sprawia, że jestem takim małym kamyczkiem pośród skał, które ciągle stają się większe i cięższe. Szkoda, że nie mamy mocy cofania czasu, naprawy tego, co źle zrobiliśmy.

Dada

Słowo tworzy dzieło

Nie wiem, jak długo pochylam się nad tą kartką papieru leżącą przede mną, która prowokacyjnie wysuwa ku mnie swoje niezapisane oblicze. Wpatrywałam się w nią a ona wyczekująco raziła moje oczy bielą pustego spojrzenia.

Mózg mi się wyżymał, nieuporządkowane myśli przeskakiwały w głowie jak nuty po pięciolinii, a oczy zaczęły boleć tak, że miałam wrażenie, że za moment wypadną z oczodołów i poturlają się po podłodze.

Jak niby w kilku zdaniach naszkicować swój portret? Bez upiększania i wygładzania a równocześnie nie stwarzając własnej karykatury? Jak ubrać myśli w słowa i zamknięte we mnie uczucia, aby przedstawić swój obraz bez zbędnych sugestii i narzuconej perspektywy?

Napiszę tylko, że jestem introwertyczką, zagubioną w zakamarkach wewnętrznych pragnień i towarzyszącym im emocji.

Jestem duszą potępioną przez samokrytykę, którą noszę w sobie. Jestem małym dzieckiem pragnącym mojej miłości i akceptacji, której wciąż mu odmawiam. Jestem w końcu osobą poszukującą prawdy o sobie, o życiu i wciąż, wciąż walczącą o zachowanie harmonii pomiędzy sercem a umysłem, gdzie jedno szepce „tak”, a drugie krzyczy „nie”.

Im bardziej i dłużej się tak ze sobą szarpię, tym mocniej uświadamiam sobie, że tylko oddalam się od zamierzonego celu.

Jest takie zdanie, które zapożyczyłam od jednego z wielkich tego świata i z którym staram się utożsamiać:

„ Niebo gwiaździste nade mną a prawo moralne we mnie” (Immanuel Kant).

Resztę mam nadzieję powiedzą Wam moje literackie wypociny, które prezentuję z pewną dozą nieśmiałości, aczkolwiek bez fałszywej skromności.

Marita

♦♦♦

Autoprotret

Jestem jak ćma

Błądzę wśród ciemności losu

Rozbijając się o ściany doświadczeń

Światła pragnę!

Światła!

Lecę do niego trzepocząc skrzydłami

i ginę w płomieniu

marzeń i ścian.

♦♦♦

Oto ja

Oto ja

Ratuję ćmę gasząc światło

A sama ginę w ciemnościach,

bo wszystk, co mam, to niepweność

zamkniętą w sercu

Oto ja

Skulona w ciemnym kącie

Z papierosem w ręku

Szepcząca do siebie miłosne wyznania

Kraty zasłaniające świat

Miłość, która się spóźnia

Wieczna samotność

Oto ja

Teraz już mnie znasz

♦♦♦

Zabawka

Zamotana wewnętrznie

Zaplątana własnymi myślami

Szamoczę się z sercem,

które chce wyskoczyć i wtulić się

w Twoje zamknięte egoizmem ramiona.

Oczy szukają Twojego spojrzenia,

które chowasz pod powiekami strachu.

Znieczulony na miłość

bawisz się mną.

Dajesz zasmakować tego, co najlepsze,

by po chwili odebrać.

Wdzierasz się w moje myśli,

zmieniasz je i napełniasz sobą.

Kradniesz resztki prywatności

i odchodzisz

ze wszystkim, co moje,

dając w zamian dziką samotność.

Teraz jestem pusta….

i pełna w Tobie.

♦♦♦

Depresja

Swoje, własne, spieprzone życie

można przełknąć z garścią prochów

i wpaść w ramiona

kosmatej ciemności.

I nagle

w długim jak rurka kroplówki

szpitalnym korytarzu

przechadza się niedoszły samobójca

a w jego głowie śpiewają ptaszki

wesołych myśli.

♦♦♦

Pisklę

Moja psychika spuchła

od ilości złych doświadczeń.

Ramiona zbyt drobne,

by udźwignąć ciężar własnych porażek.

Wciąż za mało mam lat,

by zrozumieć sens istnienia życia.

Jestem jak pisklę za wcześnie

wyrzucone z gniazda.

Nie umiem latać, bo brutalnie

oderwano mnie od marzeń.

A noc mnie oszukała

- sny się nie spełniają.

„Gdzie jesteś, Mamo? – Zobacz!

Drżę z zimna, bo brakuje mi Twych skrzydeł!!”

Lecz nie mam odwagi, by wtulić głowę

w Twe ramiona…

Zmaltretowane serce

traci zdolność odczuwania.

Niedojrzałą duszę

wyprzedził czas.

Spadam w dół

wyobraźnią kierując się w nicość

niespełnionych pragnień…

Życzenia dla najfajniejszej Grażyny na świecie

Moją Grażynkę podziwiam, wielbię, szanuję i kocham z wielu powodów. Jest dla mnie przede wszystkim mamą, ale też przyjaciółką i kumpelą. Zawsze mogę na nią liczyć, nigdy mnie nie zawiodła i zawsze mamy o czym ze sobą rozmawiać. Tak sobie myślę , że gdyby wyłoniono idealną mamę, to moja w takim konkursie zajęłaby pierwsze miejsce !

Nigdy w życiu nie potrafiłabym być taką matką, jaką ona jest. Nawet w małym procencie nie byłabym w stanie jej dorównać i dlatego też nigdy nie będę matką. Nie umiałabym ani tak się oddać drugiemu człowiekowi, ani tak się poświęcić. Nie ma we mnie „lwicy’’, która tkwi w mojej mamie. Szkoda, że nie każde dziecko trafia na taką mamę, a powinno, choć oczywiście swojej nie oddam;).

Jako kobieta tak ogólnie – jest bombowa. Zawsze mówi wprost to co myśli. Uważa się za bezpośrednią, ale to nie do końca tak, bo nie tyle co jest bezpośrednia – co raczej bezczelna.

Niektórych to razi, bo bywa trudno przyjąć taką prawdę walniętą między oczy, ale gdy ktoś to przetrawi, to jest dobrze . Mamcia moja ma duże poczucie humoru, czasem tak rżymy z głupot ,że głowa mała. Jest też Grażynka moja „rządzicielką’’: zawsze byłoby najlepiej gdyby stawało na Jej racji. Ustępuję mamie często, ponieważ wiem, że wszystko co robi, robi z myślą o tym, aby dla mnie było dobrze, a że ufamy sobie bezgranicznie, to takie ustępstwa są fajne.

Oczywiście, zdarza się, ze mamy odmienne zdania w różnych kwestiach i wtedy dyskusje bywają zabawne. Ważne, że żadna ze stron niczego siłą sobie nie narzuca. Nie kłócimy się ze sobą i to jest według mnie świetne, nawet nie sprzeczamy się ze sobą za bardzo. Sprzeczkę możemy odnotować średnio, plus minus raz na 20 lat, ale nawet jeśli sobie trochę podniesiemy ciśnienie, to tylko na chwilę.

Patrzę na siebie i w miarę jak mi przybywa lat, zaczynam być coraz bardziej do Grażynki podobna … i w związku z tym coraz fajniejsza się staję ;).

Żarty żartami- do pięt mojej Grażynce nie dorastam i nie dorosnę. Może trochę szkoda, ale z drugiej strony dobrze jest być sobą.

Mojej Grażynce życzę zdrowia, wytrwałości i siły oraz tego, żeby się nie „zestarzała umysłowo”, aby została zawsze taką jaką jest , bo jest najcudowniejszą Grażynką na świecie.

Wszystkim pozostałym Grażynkom życzę wszystkiego najlepszego i żeby Wasze dzieci nie przysparzały Wam takich zmartwień, jakich ja niestety dołożyłam swojej.

Szczęścia, uśmiechu wbrew wszystkiemu co niefajne i zadowolenia.

-Małgosia-

Moje wakacje

Zważywszy na fakt, iż te wakacje miałam zaplanowane ze swoim przyjacielem, a niestety wylądowałam tutaj, w więzieniu, moje wyobrażenie o nich uległo w chwili obecnej radykalnej metamorfozie. Po czasie spędzonym w kilku metrach sześciennych z czterema współosadzonymi, a słońce, którego i tak jest niewiele w tym miesiącu, widzimy tylko na spacerniakach, najchętniej znalazłabym się na bezludnej wyspie. Chciałabym być tam sam na sam (bo samotna jestem i wśród ludzi) z egzotyczną naturą, której dotychczas nie było dane mi poznać i bezkresem wody, której przestrzeń ograniczałby jedynie horyzont.

Wbrew logice, bezludna wyspa jest dla mnie wyznacznikiem wolności – tej wewnętrznej, miejscem, gdzie mogłabym się oddać bez reszty sobie w malowaniu i pisaniu, co kocham robić, choć chyba tego nie potrafię…

- Stworzenie -

 Pewnego dnia o świcie

Pan Bóg ulepił mnie

i rzekł:

„Idź, mała, pisz wiersze,

bo cóż mogłabyś robić innego?

 Marita

Anna Rozenfeld uczyła jidysz na zamku

Od pewnego czasu przytrafiają mi się takie rzeczy, które mogą być potwierdzeniem tego, że powiedzenie cierpliwość zostaje wynagrodzona zawiera w sobie trochę prawdy.

Nie jestem w stanie obliczyć procentowo, ile tej prawdy jest, ale ważne, że jest. Oczywiście gdy się nad tym zastanawiam, wolałabym żeby ta moja cierpliwość nie była wystawiona na próbę przez 20, 10 czy 7 lat. Byłoby dla mnie przyjemniej, gdyby niektóre zdarzenia rozgrywały się szybciej, ale żeby szklanka była w połowie pełna :), do poprzedniego powiedzenia dorzucę drugie = lepiej późno niż wcale.

Siedem lat temu wpadłam na pomysł, aby nauczyć się języka hebrajskiego. Ponieważ nie miałam pojęcia, do jakiej instytucji się zwrócić, to napisałam list, w którym wyraziłam chęć nauki oraz opisałam sytuację, w jakiej jestem, do Żydowskiego Instytutu Historycznego. Zakładałam, że może ktoś z Instytutu coś mi podpowie , poda adres, cokolwiek. Po jakimś czasie dostałam list z Fundacji im. Mojżesza Schorra z informacją, że są tam organizowane kursy, w tym również korespondencyjne, więc było to coś dla mnie. Ktoś z Instytutu przekierował mój list do Fundacji i dzięki temu mogłam zamówić lekcje.

Po pierwszej radości sporo się zmieniło, bo nie mamy możliwości nagrywania czegokolwiek, więc nie miałam jak odrabiać zadań i odsyłać ich do sprawdzenia. Nie miałam kogo spytać jak wymawia czy pisze się poszczególne litery lub słowa i utknęłam w martwym punkcie. Nie tyle zrezygnowałam z nauki, co musiałam ją odłożyć. No i po tych siedmiu latach w ubiegłym tygodniu mieliśmy gościa. Przyszła do nas Ania Rozenfeld, która między innymi… uczy jidysz ! :)

Chyba na nią ”napadłyśmy” :), bo bardziej wypytywałyśmy o alfabet, czytanie i pisanie, niż dałyśmy jej przedstawić prezentacje o kulturze i literaturze żydowskiej. Wprowadziłyśmy do naszego spotkania taki chaos, że głowa mała, ale Ania okazała się być opanowaną i na tyle cierpliwą osobą, że zniosła nas i lawinę naszych pytań. Ile radości miałyśmy z każdego w miarę dobrze ”rozszyfrowanego ” słowa!!! Cieszyłyśmy się jak małe dzieci, które zaczynają składać wyrazy w elementarzu :).

Z pisaniem było podobnie i chociaż koślawiłyśmy litery jak mało kto, to zabawa była przednia. Mam taką cichą, ale gorącą nadzieję, że choć byłyśmy trochę nachalne, to nie spłoszyłyśmy Ani i że jeszcze uda jej się nas odwiedzić, żeby przybliżyć nam kulturę żydowską.

W sumie to dziwne , że trzeba przybliżać nam coś co jeszcze niedawno było tak blisko z nami związane, ale w sumie każdy powód do spotkania i porozmawiania jest dobry :)

Małgosia

 

Jako kobiecie brakuje mi…

1-DSC_0185-001

Jako kobiecie to w sumie mi niczego nie brakuje :), powiedziałabym nawet, że tu i ówdzie to mam nawet w nadmiarze :). Ale to też nie martwi, bo zapasy na ewentualność wojny mogą się przydać :).

Tak nie bardzo wiem, jak ten temat ugryźć, dlatego sobie żartuję. Może i powinnam na całkiem poważnie, ale nie wiem, czy dam radę.

Zaczęło się od tego, że dyskutowałyśmy po przeczytaniu wywiadu z Magdaleną Środą na temat feminizmu i na koniec wypłynęło takie oto zagadnienie, jak na starcie: czego brakuje mi jako kobiecie…

Udzielenie odpowiedzi na to pytanie musiałabym podzielić na dwa etapy: I – do momentu aresztowania i II – czas spędzony w więzieniu.

I. Prawdę mówiąc to niczego mi nie brakowało, bo robiłam, co chciałam i tak, jak chciałam, więc wtedy czułam się osobą spełnioną. Okazało się, że na chwilę zabrakło rozumu, rozsądku i czegoś jeszcze istotnego i trafiłam do więzienia. Ale choć to ważne braki, to teraz nie o nich.

Pracowałam, gdzie chciałam, a kiedy chciałam, to zmieniałam pracę na inną, uczyłam się też tego, czego chciałam.

W sumie to uważam, że istotne jest tylko to, aby robić wszystko zgodnie ze sobą.

Często ludzie dają się wepchnąć w jakieś ramy i tkwią w nich unieszczęśliwiają siebie i innych, a to bez sensu.

Ja na przykład nie nadaję się do tego, aby być matką czy żoną i dlatego nie jestem ani jedną, ani drugą.

Inna kobieta akurat w takich rolach czuje się spełniona i proszę bardzo, niech będzie gospodynią domową aż po grób. Nikt nikomu nie powinien narzucać, że taki a nie inny model życia jest dobry. Mnie drażni, kiedy słyszę, że ten czy inny (szczególnie, gdy to mężczyzna) twierdzi, iż jako kobieta powinna,:

1) rodzić dzieci

2) gotować

3) prać i sprzątać

4) być katoliczką (stosować zamiennie z 1)

5) „bzykać” się po bożemu i przy zgaszonym świetle…

Jeżeli ktoś tak chce bądź lubi, to niech sobie tak żyje i nic mi do tego. Chciałabym móc o sobie decydować od początku do końca, zgodnie z moimi przekonaniami i własnym, jak się to ogólnie nazywa, „sumieniem”.

Teraz z tą decyzyjnością jest trochę kulawo ;), choć w sumie na ile można, na tyle korzystam.

Żałuję, że nie mogę się kształcić – i tego tutaj brakuje mi jako kobiecie bardzo. Codziennej kąpieli też mi brakuje i możliwości posiadania perfum. Odosobnienia jeszcze bardziej niż perfum i możliwości gotowania tego, czego chcę, bo lubię szaleć w kuchni :).

Więzienie do tego jest, żeby odczuwać braki, ale jako kobiecie właśnie możliwości nauki i rozwoju pod tym kątem brak jest dla mnie dokuczliwy.

Małgosia

Czegoś jednak można „zazdrościć’’ skazanemu

 

Bardzo mi się podobają takie akcje, jak np. czytam jedną książkę tygodniowo, czy nie sypiam z kimś kto nie czyta… Oczywiście nie uczestniczę w nich w Internecie, bo nie mam do niego dostępu, ale fajne jest to, że jedna osoba – czasem zupełnie niechcący uruchamia lawinę i dołączają do niej całe rzesze ludzi. Dobrze jest się bawić takimi pozytywnymi zrywami czy raczej – porywami, skoro jeden porywa za sobą tłumy :)

Uwielbiam czytać, czasami śmieję się z siebie, że jestem uzależniona od czytania :). Bywa tak, że mam to lub tamto do zrobienia i w którymś momencie dnia stwierdzam, że muszę to odłożyć, bo chce mi się poczytać. To jest właśnie to, czego można zazdrościć skazanemu :). Skazany ma tak dużo wolnego czasu, że jeśli tylko lubi, może czytać, kiedy chce. Mogę przeleżeć cały dzień z książką albo dwa. Mogę czytać nie jedną książkę tygodniowo, a jedną dziennie – jeżeli daję rade to i dwie. Mogę czytać niemalże non stop!

To nie znaczy, że zapraszam do więzienia lubiących czytać – absolutnie nie. Ale gdy lubiący czytać już tu trafi, to pod tym względem ma swobodę, jakiej na wolności nie doświadczy :).

Ile razy musiałam wykorzystywać czas na dojazdy do szkoły lub pracy, aby przeczytać choć kilka rozdziałów książki… A teraz mogę czytać i czytać i czytać… Szkoda , że i tak nie przeczytam wszystkich książek, które są na świecie. To musiałoby być kosmiczne doświadczenie, ale niestety nieosiągalne dla zwykłego śmiertelnika :).

- Małgosia-

Nasz artbook

W zeszłym tygodniu przyszła do nas Beata Sosnowska. Jest rysownikiem i szkicownikiem, a co najważniejsze, jest wspaniałym człowiekiem, a jeszcze lepszym rozmówcą. Rysuje komiksy i muszę powiedzieć, że jest cholernie dobra w tym co robi. Odwiedziła nas, by pokazać nam naszą roczną pracę, artbooka.

Przyniosła wielką księgę, która była uwieńczeniem wszystkiego, czego dokonałyśmy na prowadzonych przez Beatę warsztatach. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że my same mogłyśmy coś takiego stworzyć.

Pierwsza strona artbooka, naszej kroniki zawierała myśli i pytania, jakie Beata sobie zadawała, zanim przyszła do nas po raz pierwszy. Jej przemyślenia, gdy przechodziła przez bramę tego przybytku. Co czuła w tym momencie. „I co, Beatko, nie było tak źle?”.

W artbooku były nasze komiksy, czyli historie, które są wymyślone przez nas, nasze skojarzenia, a także wszystko, co mamy w główkach

Mega – super – odlotowo. A to dlatego, że każda z nas miała wkład w to dzieło. Mimo że nie każda z nas ma talent do rysowania i nie tryskało profesjonalizmem i tak wszystkie chwytało za serce, bo było to nasze!

Ja osobiście nie mam żadnych zdolności manualnych, tym bardziej rysowniczych, jednak jestem z siebie dumna.

Po prostu: dziękówka, Beato!

Miśka 30