Opowiadanie Moniki

unnamed

STRAŻNICY PLANET

1

Robert siedział na swoim obrotowym krześle przed komputerem wbity plecami w jego oparcie. Z otępienia, które go ogarnęło przez to, co przed chwilą się stało, wyrwał go piekielny ból głowy.

  • To niemożliwe. – pomyślał – Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach i to za sprawą efektów specjalnych.

Jeszcze raz spojrzał na monitor, który zamiast na biurku leża,ł teraz rozbity obok. Piekielny ból nie dawał za wygraną. Robert podniósł ręce do oczu i próbował rozmasować bolące go gałki oczne, które pulsowały w rytm przepompowywanej krwi z serca do mózgu. Wstał z krzesła i poszedł do kuchni, sięgnął do szafki po szklankę, nalał sobie zimnej wody z kranu i łapczywie wypił kilka łyków.

  • Gdzieś tu były tabletki przeciwbólowe. – powiedział przeszukując małą apteczkę, o której zaopatrzenie dbałą zawsze jego żona. – Są.

Wziął podwójną dawkę.

  • To niemożliwe. – przeleciało mu przez głowę po raz już chyba setny w ciągu tych 10 minut, które minęły od chwili, gdy jego komputer na jego życzenie zawisł pod sufitem, tylko po to by za chwilę z impetem gruchnąć z powrotem o biurko, a potem, już z mniejszą siłą, na ziemię. Tracąc przy tym swój dawny wygląd i funkcje. – Jak to się mogło stać, to niemożliwe.

Ten wysoki, czarnowłosy mężczyzna, tak bardzo zawsze racjonalny, tak bardzo poważny, stał teraz jak małe dziecko, które styka się z czymś, czego nie może pojąć swoim rozumkiem.

  • Nie, to musiał być sen. Zdrzemnąłem się przy pracy i podczas snu nieświadomie zrzuciłem monitor, a to co widziałem było zwykłą iluzją śniącego umysłu. No, ale przecież monitor nie jest wazonikiem, który można niechcący strącić ze stołu. Żeby go przesunąć, trzeba włożyć trochę siły. Poza tym, nie pamiętam, żebym się budził. Byłem świadomy od początku do końca.

Robert odstawił szklankę i wrócił do swojego gabinetu. W środku nic się nie zmieniło, komputer nadal był rozbity. No, może pulsowanie w oczach się zmniejszyło.

  • Zawsze jakiś plus. – pomyślał. – No dobra, przyjmijmy, że faktycznie to ja go uniosłem siłą swojej podświadomej woli. Czy to naprawdę jest możliwe? Przecież paranormalne zdolności to jakaś bzdura, wymyślona przez wróżki stawiających horoskopy, po to, by wyciągnąć kasę od naiwnych ludzi.

  • Cześć kochanie! Wróciłam. – doleciał go głos Roksany.

Robert szybko podszedł do rozbitego monitora i podniósł go z powrotem na biurko. Wyszedł z gabinetu szybkim krokiem i zamknął za sobą drzwi. Roksana właśnie usiadła przy stole w kuchni. Była śliczną dziewczyną, gdy się poznali. Kruczoczarne włosy, duże oczy i wąziutkie usta. Pomimo upływających lat, wciąż wyglądała świetnie. Jej pogodne usposobienie zaczęło się odbijać na jej twarzy – wokół oczu pojawiła się siateczka drobnych zmarszczek. Zawsze wzbudzała w nim instynkt opiekuńczy, pomimo że była kobietą o silnym charakterze.

  • Jak tam w pracy? – zapytał.

  • Świetnie. Jest tak pięknie na dworze, że z dziewczynami zorganizowałyśmy dzieciom wycieczkę do parku w poszukiwaniu śladów wiosny. Było naprawdę fajnie. Coś cię boli? – zapytała Roksana zauważając szklankę z wodą i wyciągnięte tabletki przeciwbólowe.

  • Tak, głowa. Na szczęście już mi przechodzi. – odpowiedział Robert.

  • A co u ciebie? – zapytała Roksana.

  • Nic ciekawego, siedzę nad tym projektem i nie mam pomysłu co zrobić, żeby ruszyć dalej.

  • Przykro mi. Ile masz na to czasu?

  • Jeszcze trzy dni.

  • To niedużo.

  • Jeszcze do tego zepsuł mi się komputer.

  • O kochany, to mi wygląda na jakiegoś wielkiego pecha. – Roksana zażartowała i podeszła, żeby go pocałować. – Nie martw się, dasz sobie radę. Jak zawsze.

  • Muszę kupić nowy komputer, a na razie zrobię, co mogę odręcznie. Niestety będę musiał trochę dłużej nad tym popracować, więc może zamów coś do jedzenia, bo nie mam czasu na gotowanie dzisiaj.

  • Dobrze, zamówię. – odpowiedziała Roksana.

Robert podszedł, pocałował ją i wrócił do swojego gabinetu. Na wszelki wypadek zamknął za sobą drzwi na klucz. Potrzebował chwili, by wszystko sobie poukładać w głowie. Usiadł na kanapie i spojrzał na rozwalony komputer.

  • Dobra, spróbuję nim poruszyć, zamiast się ciągle zastanawiać, czy to co widziałem to tylko jakieś omamy.

Skupił swój wzrok na złomie leżącym na jego biurku, wgapiając się w niego przez jakieś 30 sekund.

  • Nie, to niedorzeczne. – pomyślał.

Spróbował jednak ponownie. Czuł, że pulsowanie w oczach znów narasta, ból głowy potęguje. BAM! Komputer spadł z biurka.

  • Kochanie, wszystko w porządku? – dobiegł go głos zaniepokojonej Roksany.

Zerwał się z kanapy i otworzył zamknięte drzwi do gabinetu.

  • Tak, wszystko w porządku.

  • Zamknąłeś drzwi? Dlaczego?

  • Nie wiem. Zrobiłem to nieświadomie. – skłamał.

  • Co z tym monitorem? – zapytała, robiąc zmartwioną minę.

  • Chciałem go odłączyć i zaplątałem się w kabel.

Robert zamilkł widząc brak wiary w oczach swojej ślicznej żony, na dobre już zmartwionej jego zachowaniem.

  • I tak nie działał, tak więc nic się nie stało. – powiedział coraz bardziej zakłopotany.

  • Jakoś dziwnie się zachowujesz, na pewno wszystko w porządku?

  • Nie martw się, po prostu jestem trochę wkurzony, myślałem że nadrobię zaległości, a tu kolejny problem.

  • Uspokój się, to żadna tragedia. Jeśli nie uda ci się zrobić tego projektu na czas, spróbuję wynegocjować jeszcze dzień czy dwa.

  • Masz rację, muszę trochę odpuścić, bo zdemoluję resztę tego gabinetu. Co byś powiedziała na to, żebym zaprosił cię na kebaba i bilard do Olego?

  • Dorzuć do tego piwo imbirowe.

  • Dorzucam.

  • Więc się zgadzam.

2

Swerta stała wpatrując się w widok, który rozpościerał się za oknem w jej pokoju. Z jej twarzy można było odczytać zatroskanie i spokój jednocześnie. Potrafiła być spokojna, pomimo że jej życie takie nie było. Wiedziała, że co by się nie działo, będzie w stanie stawić temu czoła i zwyciężyć. Tę pewność dawała jej moc, którą posiadała.

  • Jaki piękny to widok. – pomyślała. – Ta harmonia.

Jeśli ktoś nie ujrzy wszystkich planet układu słonecznego, wraz z tymi, których już nie ma, nie zrozumie, jak bolesne jest spoglądanie w miejsca, które kiedyś wypełniały ogniwa łańcucha, a teraz kłują w oczy pustką. I ta świadomość, że nie da się ich odbudować. Tak jak tęskni człowiek za częścią swojego ciała, gdy ją utraci. Wie, że można bez niej żyć, ale wspomnienie tej doskonałej całości, jaką tworzył wraz z nieistniejącą cząstką wypełnia go tęsknotą, której nigdy nie ukoi. Flandria, Grim, Welton i Smal. Cztery planety, cztery światy i cztery rodzaje ludzkie. Niepowtarzalne, niezastąpione i już nieistniejące. Gdyby tylko inni mieszkańcy planet mogli zrozumieć, jaka to strata, również dla nich. Swertę znów wypełnił smutek, który towarzyszył jej od chwili, gdy przejęła całą energię swojego poprzednika. Najwyższego Strażnika Planet. Wraz z energią przyszła ta nadzwyczajna moc, ale i poznanie przeszłości. Choć już wcześniej wiedziała, jak ta przeszłość wyglądała, to spojrzenie na nią wprost zmieniło w niej wszystko bezpowrotnie. W tej chwili ujrzała go, wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę i te jego oczy. Nie zapomni ich – zielone w brązowe plamki. Tak bardzo niepasujące do tej poważnej twarzy. Uczucie wzrastającej w niej mocy wyrwało ją z jej wizji. Potarła palcami o palce, aby pozbyć się mrowienia, które przypominało delikatne kłucia małych igiełek. Podeszła do pulpitu i wcisnęła żółty przycisk.

  • Mamy błysk, przygotuj oddział.

W odpowiedzi rozległ się z głośnika niski męski głos:

  • Tak jest, Najwyższa.

  • Ochrona przede wszystkim. – pomyślała.

Usłyszała szum rozsuwanych drzwi.

  • Najwyższa Strażniczko Planet, starszy strażnik czeka na wytyczne.

  • Wejdź, Karm. Mamy dziś wyjątkowy przypadek. Błysk był tak silny, że mogę ci pokazać bardzo wyraźny obraz.

Karm poczuł ciepło rozlewające się pod jego czaszką i jego oczom ukazał się mężczyzna z tak zdziwionym i przestraszonym wyrazem twarzy, że mimowolnie się uśmiechnął.

  • Nie ma w tym nic zabawnego, Karm. – powiedziała Swerta unosząc lekko brew, co świadczyło o jej dezaprobacie.

  • Tak, Najwyższa. – odpowiedział z całą powagą.

Nie bał się jej, szanował ją. Była strażniczką z największym pokładem superenergii, a on wiedział, co niesie za sobą taka moc przekazywana przez poprzednich jej właścicieli, bo sam też sporo w sobie jej posiadał. Jednak to ona musiała dźwigać ciężar odpowiedzialności za działanie blokady.

  • Wydaje mi się, że moc naszej blokady słabnie. – powiedziała Swerta.

Karm zastanowił się przez chwilę, czy nie czytała w jego myślach, ale niczego nie wyczuł.

  • To niemożliwe. Twoja moc jest najwyższa.

  • Nie możemy pozwolić sobie na kolejne straty, to one mnie osłabiają.

  • Tak, Pani. Podaj współrzędne, a pobierzemy pretendenta.

Spojrzenie Swerty na chwilę straciło swój blask, zupełnie jakby nie było jej w ciele.

  • Ziemia, Polska, Kraków, ul. Rzeczna 6.

Karm skinął głową na pożegnanie i opuścił pokój przez rozsuwane drzwi. Swerta chwilę za nim patrzyła. Odwróciła się i podeszła z powrotem do okna i widoku, jaki się za nim rozciągał. Gdyby setki tysięcy lat temu strażnicy planet założyliby blokady na mieszkańców planet, dziś nie opłakiwalibyśmy tak wielkich strat. To wszystko przez brak kontroli nad ludźmi, oni nie potrafią żyć w pokoju. Licząc na to nasi przodkowie popełnili wielki błąd. Mieszkańcy planet są jak dzieci – to my musimy ich prowadzić, to my za nich odpowiadamy. To nasza misja: opieka i ochrona. To cel naszego życia, mojego życia. Swerta posmutniała jeszcze bardziej. Wróciła do przeglądania wspomnień, to plus jej daru, że mogła to robić, mogła przyglądać się wybranym wspomnieniom, jakby oglądała film. Wybrała te z czasów, gdy istniały jeszcze te cztery piękne planety. Lubiła to, dzięki temu mogła odsuwać od siebie te smutne, które niosły ze sobą tę niewygasłą wciąż tęsknotę.

  • Merton, wiesz co z siódemką po ich ostatniej wpadce?

  • Karm przydzielił im dwa miesiące ćwiczeń z Dziadkiem Wichurą.

  • Makra zalicza je już trzeci raz.

  • Jeszcze parę takich akcji, a sama będzie mogła go zastąpić.

Dwójka przyjaciół siedzących przy śniadaniu zaniosła się śmiechem.

  • A wy jak zawsze. – powiedziała Gliwa dołączając się do śniadaniowego stolika swoich przyjaciół – Nadrabiacie wszystkie wczorajsze plotki.

Mówiąc to wepchnęła się na krzesełko pomiędzy nimi. Lubiła zmuszać ludzi do poświęcenia jej swojej uwagi.

  • Zazdroszczę wam, ja nie mogę się z niczym wyrobić.

  • Poświeć mniej czasu na poprawianie swojego wyglądu rano, to będziesz miała go na plotki. – powiedziała Wiena śmiejąc się serdecznie do swojej przyjaciółki.

  • Jak będę mniej dbała o swoją urodę, to będę wyglądała jak ty, kochana. A wtedy Karm mógłby nas pomylić.

Wiena i Gliwa były podobne do siebie tak bardzo, że niektórzy doszukiwali się w nich pokrewieństwa. Za to charaktery miały całkiem inne. Wiena była wysoką brunetką i w przeciwieństwie do Gliwy w ogóle nie dbała o to, jak wygląda. Swoje długie, lekko falowane włosy związywała w kucyk, żeby jej nie przeszkadzały. Była jednak bardzo atrakcyjna. Pierwsze, co rzucało się w oczy to jej piękna kobieca sylwetka i piękne, duże, szare oczy. Do swojej misji podchodziła inaczej niż do swojej urody. Zawsze wszystko dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, nic nie zostawiała przypadkowi. Gliwa natomiast nie przejmowała się planowaniem, wolała po prostu wykonywać rozkazy, była ona jednak bardzo dobrą strażniczką planet. Kiedy inni panikowali, ona zawsze znalazła wyjście. Wiedziała, że nie wszystko da się zaplanować i przewidzieć. Doświadczyła tego na własnej skórze – gdyby nie Wiena, dziś nie byłoby jej wśród przyjaciół. Gliwa spojrzała na nich i ogarnęło ją wzruszenie.

  • Co mamy dziś w planach? – zapytała jednocześnie myśli z zamówieniem do kucharza o dość obfitych kształtach. Kucharz przyjął zamówienie.

  • Jeden z pretendentów otrzyma dzisiaj pamięć przeszłości. – powiedział Morton kończąc swoją ostatnią kanapkę. Zaczął zlizywać resztki majonezu z palców. Zawsze to robił.

  • Który? – zapytała Gliwa.

  • Ten z Meksyku.

  • CO? Tak szybko? Ja czekałam na to dwa lata!

  • Podobno szybko robi postępy.

  • Zazdroszczę mu. – powiedziała Gliwa zabierając się za śniadanie, które właśnie wylądowało swobodnie przed nią na stoliku.

„Gdzie ona to mieści?” pomyślała Wiena. Gliwa przesłała podziękowania kucharzowi, a on jej promienny uśmiech.

  • Jeśli się nie pospieszysz z tym jedzeniem, to nie zdążymy. – ponagliła ją Wiena.

  • Mówiłam! Nigdzie nie mogę zdążyć. – wybełkotała próbując szybko przeżuwać.

  • Chodź już, zostaw to jedzenie. Do obiadu wytrzymasz. – rzekł Merton wstając od stolika i klepnął Gliwę w plecy. Ta zaniosła się kaszlem, opluwając przy tym nie do końca przeżutym jedzeniem Wienę.

  • No dziękuję ci bardzo. – Wiena wstała, a cały przód bluzki i twarz miała w resztkach makaronu z pieczarkami. – Teraz to ja nie zdążę – muszę iść się przebrać.

  • Przepraszam, ale to wina Mertona. – powiedziała Gliwa łapczywie chwytając hausty powietrza. Jej oczy wypełniły się łzami od wysiłku, jaki włożyła w to, żeby pozbyć się całego jedzenia ze swoich dróg oddechowych.

  • Skąd mogłem wiedzieć, że dotknę cię, a ty zaczniesz charczeć i pluć żarciem. – bronił się chłopak.

  • Gdybyś nie wiedział, to nie wolno nikogo szturchać przy spożywaniu posiłku, durniu.

  • Trzeba było przyjść wcześniej, to nie rzucałabyś się na to jedzenie jak wygłodniała wilczyca wpychając pół porcji z talerza prosto do paszczy.

    Gliwa poczerwieniała z wściekłości i wyprowadziła potężny cios prosto w ramię Mertona.

  • Ała! – zaskrzeczał odskakując. Rozmasował sobie obolałe miejsce. Merton nie był zbyt silny fizycznie, choć nie wyglądał na słabeusza.

  • Dobrze ci tak. – wysyczała przez zaciśnięte zęby wściekła Gliwa.

  • Dajcie spokój. – wtrąciła się Wiena. – Idźcie już i zajmijcie mi dobre miejsce, może coś zdążę zobaczyć.

    Odłożyła serwetkę, którą wycierała się próbując przywrócić sobie jako taki wygląd i poszła korytarzem, który prowadził do pokoi mieszkalnych. Merton i Gliwa ruszyli w stronę sali awansów. Wewnątrz było już sporo widzów.

  • Można było się tego spodziewać. Wszystkie najlepsze miejsca są już zajęte. – narzekała Gliwa.

    Merton rozejrzał się po miejscach przy barierce, która otaczała środek okrągłej sali.

  • Zobacz, tam stoi Kwarta. Chodź, spróbujemy się do niej dopchnąć.

    Światła zostały przyciemnione, jedynie środek sali jaśniał blaskiem. Na środku sali stał jeden ze starszych strażników ubrany w oficjalne szaty, a naprzeciwko niego stał ubrany w białe szaty pretendent. Rozejrzał się po sali, był podekscytowany. Słyszał, że ten rytuał zmieniał wszystko, a co najważniejsze jeszcze zwiększał posiadaną moc. Pragnął tego. Słyszał też, że można mieć zawroty głowy przez trzy godziny.

  • Czy przyrzekasz podjąć się misji podtrzymywania blokady? – usłyszał pytanie skierowane do niego przez starszego strażnika.

  • Przyrzekam. – odpowiedział lekko drżącym głosem.

  • Zostaniesz dopuszczony do wiedzy z przeszłości. – powiedział strażnik kładąc mu rękę na ramieniu.

  • Jestem na to gotowy.

  • Twoje życie już nigdy nie będzie takie, jak teraz. Ta wiedza przynosi ze sobą poznanie i zrozumienie, sięgniesz do środka swojej świadomości i mocy. Staniesz się silniejszy, ale jest też druga strona – od tej pory będziesz dźwigał wszystko, co zawiera nasza przeszłość.

  • Chcę być częścią straży i służyć swoją mocą.

  • Więc przyjmij wspólne brzemię i spójrz w przeszłość. – Starszy strażnik przymknął oczy i zwrócił się do Najwyższej Strażniczki. – Pani, usuń z niego blokadę.

Po tych słowach źrenice pretendenta rozszerzyły się tak, że nie można było zobaczyć jego tęczówek. Stojąc tak czuł, jak wspomnienia z przeszłości przelewają się przez małe szczeliny w jego mózgu. Intensywność, z jaką to się działo zaczęła wzrastać, aż blokada, jaka obejmowała go całkowicie się rozpadła. Merton czuł to niemal fizycznie. Do tej pory pamiętał swoją uroczystość, gdy blokada pękła pierwszym uczuciem, jakie go ogarnęło było zdziwienie, porem zachwyt i to wspaniałe uczucie mocy. No i smutek. Wiedział wszystko. Pretendent stał przed strażnikiem, który go prowadził. Jego wzrok nadal był nieobecny, jeszcze był w przeszłości. Nagle jego oczy wypełniły się łzami, źrenice wróciły do swojego poprzedniego stanu. Strażnik zdjął rękę z ramienia Meksykanina. Nie był już taki sam, czuł to.

Wiena spieszyła się, żeby zdążyć na uroczystość zdjęcia blokady. Właśnie zamykała drzwi do swojego pokoju, gdy poczuła mrowienie na karku. Wiedziała, że ktoś na nią patrzy. Przekręciła klucz w zamku i spojrzała za siebie. Zobaczyła Karma, który wlepiał w nią swój wzrok. Gdy spotkały się ich spojrzenia, Wiena widziała przez ułamek sekundy jego zakłopotanie, ale szybko nad tym zapanował. Był mistrzem w budowaniu dystansu między sobą a innymi. Nie był już podrostkiem, miał jakieś 150 lat doświadczenia życiowego i niewiele było go w stanie zaskoczyć. Potrafił panować nad sobą. Miał już lekko posiwiałe włosy, lecz ciało nadal wyglądało okazale i było bardzo sprawne.

  • Dobrze, że cię widzę Wieno. – odezwał się do niej przerywając ciszę, która narastała wprowadzając zakłopotanie.

Wiena wiedziała, że jej szef się w niej podkochuje, ale nie przeszkadzało jej to, bo Karm się nie narzucał. Wiena była wręcz pewna, że starszy strażnik myśli, że ona nic nie zauważyła, a Wiena udawała, że tak właśnie jest.

  • Wracam od najwyższej strażniczki, mamy błysk. – powiedział. – To zadanie dla waszej grupy i potraktujecie je jako priorytet. Musimy się spieszyć, więc wyślijcie tam kukiełki. Jak dolecimy na miejsce chcę, żeby pretendent już na nas czekał.

  • Lecisz z nami? – zapytała zdziwiona.

  • Tak, to ważne. Zbierz grupę i szybko spotkajmy się na statku. Zależy mi na czasie.

  • Dobrze, zaraz będziemy gotowi. – odpowiedziała.

Karm pozwolił sobie na lekki uśmiech i ruszył w stronę magazynów. Wiena przymknęła oczy i przesłała wiadomość swoim przyjaciołom. Nie czekała długo na odpowiedź. „Spotkamy się w zbrojowni” – usłyszała miły głos Gliwy w swoich myślach. Gdy dotarła na umówione miejsce, reszta pobierała już sprzęt. Merton, szczupły, lecz dobrze zbudowany chłopak, wciąż epatował młodzieńczą bezmyślnością. W sumie to nic dziwnego, miał dopiero 50 lat. Właśnie sobie stał zadowolony z siebie, bawiąc się granatem magnetycznym.

  • Zostaw to. – powiedziała Wiena. – Bo się okaże, że przez ciebie drugi raz w ciągu tygodnia ominie mnie jakaś atrakcja.

  • Tamte kluski to nie moja wina, tylko Gliwy. – odpowiedział i odłożył granat na kupkę. – Słyszałem, że mamy stróża ze sobą.

  • Tak. – powiedziała Wiena. – Wygląda na to, że to jakaś grubsza sprawa. Zanim wylecimy mamy wysłać tam kukiełki.

  • Uuuu – Gliwa wydała z siebie przeciągły dźwięk. – Faktycznie. Poważna sprawa.- Dodała podnosząc wzrok znad sterty papierków, które właśnie kończyła wypełniać.

  • Pospiesz się kochana, bo Karm już na nas czeka w transportowcu, a ja chciałabym jednak wziąć udział w tej misji. – ponagliła ją Wiena.

  • Dobra, dobra. Bierzcie te torby. – rzuciła lekko obrażona i ruszyła na statek.

Weszli na mostek, gdzie faktycznie już na nich czekał Karm.

  • Przypomnijcie mi, czy nie wspomniałem, że zależy mi na czasie. – Karm wbił w nich swój wzrok czekając na odpowiedź.

  • To nie nasza wina, że pobranie sprzętu wiąże się z taką biurokracją i zanim człowiek będzie mógł się ruszyć musi wypełnić stos papierów. – Gliwa szybko znalazła wytłumaczenie, w końcu była w tym mistrzem. W swoim życiu spóźniła się już tyle razy, że mózg automatycznie wyłapywał to, co mogło być wymówką.

Karm to przełknął, przecież i tak nie doda sobie tych minut, które już minęły. Poza tym, nie chciał marnować kolejnych.

  • Zajmijcie miejsca. – powiedział.

Cała grupa usiadła w wygodnych fotelach, które dopasowywały się do siadającego w nich ciała. Statek opuścił stację z lekkim szarpnięciem, obrał kierunek na Ziemię. Merton odchylił głowę i czekał na przepływ.

3

Sylwester powoli kończył kolację, jednocześnie oglądając mecz. „Nie powinienem robić tego w jednym czasie” pomyślał, gdy poczuł w sobie czyjąś obecność. Jego ręce odmówiły mu posłuszeństwa, gdy próbował podnieść szklankę z herbatą. Całe ciało uniosło się z krzesełka. Próbował usiąść z powrotem, lecz zamiast tego jego nogi ruszyły w stronę szafy. Ręce sięgnęły po kurtkę, odwrócił się w kierunku drzwi. Próbował walczyć ze sobą, był to jednak zbędny wysiłek – jego ciało nie słuchało. Czuł się, jakby znalazł się w obudowie robota, który działa według ścisłych zaleceń swojego programisty, który mu zamontowano. Nagle zobaczył obraz mężczyzny. Jego zadowoloną twarz, gdy pociągał łyk piwa z butelki.

  • To twój cel. – usłyszał.

Jego myśli zaczęły krążyć wokół tego człowieka. Chciał go odnaleźć.

U Roksany na policzkach wykwitły piękne rumieńce, oczy błyszczały przepełnione wesołością, gdy wbijała ostatnią bilę do łuzy.

  • Znów wygrałam. – zaszczebiotała wyraźnie z siebie zadowolona. – Wygląda na to, mój mężu, że skapciałeś na starość. Nawet nie próbowałeś powalczyć, żeby mnie pokonać.

Robert patrząc tak na swoją kochaną żonę zapragnął wtulić się w jej czarne włosy. Wiedział, że poczułby wtedy zapach jej ulubionych perfum. Podszedł do niej, złapał za brodę i złożył pocałunek na jej wąziutkich ustach.

  • Mam wielką ochotę z tobą powalczyć, jednak wolałbym zrobić to na zewnątrz, a nie tutaj, przy wszystkich.

U Roksany na ustach pojawił się szelmowski uśmieszek, który Robert tak uwielbiał.

  • Nie wiem, czy będę się opierać. – powiedziała cicho, prawie szeptem.

Zapłacili za piwo, wzięli kurtki i dość szybko opuścili lokal. Na zewnątrz Robert złapał ją za rękę i poprowadził na tył budynku. Roksana oparła się o ścianę i przyciągnęła go do siebie. Zachłannie wciągnął w swe nozdrza jej zapach. Ich pieszczoty były szybkie. Roksana wysunęła biodra do przodu pragnąc poczuć go w sobie. Jej majtki opadły na kostki, lecz nie nastąpiło to, czego pragnęła. Gdy otworzyła oczy zobaczyła, jak Roberta odciąga od niej trzech mężczyzn. Próbowała krzyknąć, zawołać kogoś na pomoc, lecz utknął jej w gardle. Stała tak, czując na sobie niedawne pieszczoty i podniecenie, które zamieniały się w przerażenie i tę przeklętą niemoc. Nie mogła się ruszyć nawet po to, by podciągnąć te cholerne gacie. Czuła się, jakby ktoś przykleił ją do tej ściany,. Patrzyła, jak Robert próbuje walczyć z trzema mężczyznami naraz, był jednak bez szans, wiedziała to. Widziała, jak Robert powoli się poddaje, a ona nie mogła zrobić nic.

Robert nie wiedział, co się dzieje, poczuł tylko, jak jakaś siła odciąga go od żony. Widział, jak sekunda po sekundzie jej twarz jest coraz dalej, a w jej oczach zobaczył zdziwienie, które zaraz zmieniło się w strach. Odwrócił się, żeby zrozumieć, co się dzieje. Zobaczył trzech mężczyzn, którzy próbowali go obezwładnić. Chciał się wyzwolić, uciec im, ale czuł, że nie da rady. Szarpał się i szamotał bezskutecznie. Odpuścił. Bał się, nie wiedział czego od niego chcą. Zastanawiał się czy to nie jego sąsiad nasłał na niego tych drabów. Nie przepadali za sobą, a każdy wiedział, że ma porywczych koleżków. Modlił się o to, żeby Roksana zdążyła uciec i zawołać kogoś na pomoc. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła się grupka ludzi, którzy biegli w ich stronę. Jeden z nich, niezbyt wysoki blondyn z wściekłym wyrazem twarzy podniósł rękę do góry i jeden z napastników, którzy go trzymali poleciał w tył, odrzucony jakąś niewidzialną siłą. Robert nawet nie chciał się nad tym zastanawiać, wypełniła go nadzieja, że może mu się uda uciec. Drugi napastnik upadł na ziemię wijąc się tak, jakby atakowało go stado rozjuszonych os. Stanęła nad nim niska, gruba dziewczyna i wpatrywała się w niego, jakby to ona była każdą z tych kąsających os. Robertowi sprzed oczu zaczął odjeżdżać obraz wszystkiego, co się tam działo. Osunął się na kolana. Jego świadomość odjechała wraz z obrazem.

4.

   Gdy się obudził był w o wiele lepszej formie niż poprzednio. Usiadł na łóżku i sięgnął do komódki po wodę, jednak nie napił się, bo jego wzrok spoczął na drewnianych drzwiach. Czuł się dobrze, więc podszedł do nich i lekko nacisnął klamkę – ustąpiły – to go zaskoczyło.

  •     Przecież ten facet z kartki pisał, że są zamknięte. – pomyślał – No tak a ty mu po prostu od tak uwierzyłeś?- sam siebie zrugał – A może ktoś pilnuje mnie siedząc na korytarzu? – przeleciało mu przez myśl.

  Robert przyłożył głowę do drzwi i przymrużył oko by dostrzec coś przez szparę jaka powstała. Nikogo nie było widać. Uchylił drzwi trochę mocniej, odczekał chwilę i wysunął głowę na zewnątrz. Przed nim rozciągał się tylko pusty korytarz, jednak z oddali słychać było czyjeś głosy. Wyszedł z pokoju i po cichu zbliżył się do pomieszczenia, gdzie siedzieli ludzie, którzy go tu przetrzymywali. Miał nadzieję, że uda mu się znaleźć jakąś drogę ucieczki.

    -Są bardzo silni. – usłyszał lekko zachrypnięty kobiecy głos – Nie mogłam go utrzymać, a to była tylko kukiełka.

  •     Ja w ogóle nie miałem pojęcia, że mogą korzystać z ich mocy. – dodał drugi głos tym razem męski.

  •     No to teraz wiemy. Padła odpowiedź.

 

  •     Oni też wiedzą, że nie będzie im już tak łatwo jak do tej pory.

 

  •     My też straciliśmy nasz element zaskoczenia. Teraz musimy być po prostu szybsi.

 

  •     Trzeba sprawdzić co z naszą śpiącą królewną. –  przerwał im kolejny głos.

  Robert wiedział, że to o nim mówią. Usłyszał jak ktoś wstaje i przez chwilę się wahał co zrobić – wyjść czy wracać biegiem do pokoju. Postanowił wejść, przecież i tak będzie musiał stanąć z nimi twarzą w twarz, a on sam miał dosyć zastanawiania się o co chodzi. Wszedł do pomieszczenia. Wyglądało to na jakąś kuchnio-jadalnie. Po jego prawej stronie cała ściana zastawiona była sprzętami kuchennymi, a na wprost stał duży stół i mnóstwo krzeseł. W środku było też sporo ludzi, którzy w tej chwili się w niego wpatrywali.

  •     No proszę, królewna sama do nas przyszła. – powiedziała młoda na oko dwudziestokilkuletnia,  puszysta brunetka.

 

  Robert mógł teraz zobaczyć do kogo należy lekko zachrypnięty głos, który wcześniej słyszał.

  •      I do tego podsłuchuje. – dodał blondyn, który siedział z prawej strony stołu.

 

  Robert pamiętał go, to on był w grupie ludzi którzy pomogli mu, gdy zaatakowała go tamta trójka wczoraj. Ta świadomość go trochę uspokoiła. Oprócz blond osiłka i puszystej brunetki, przy stole siedziało jeszcze kilka osób, młodziutki chłopak z czarną grzywą, opadającą na jedną stronę przysłaniając mu lewe oko. Robert dał by mu góra ze dwadzieścia lat. Po jego lewej stronie oparty wygodnie o poręcz krzesła, piegowaty rudzielec.

  •     Skoro już tu jesteś to może usiądź z nami i coś zjedz. –  powiedział.

 

  Robert przyjrzał mu się uważnie. To nie był facet tylko dziewczyna, bardzo brzydka dziewczyna.

  •     Wolał bym wrócić do domu. – odpowiedział.

 

  •     Już chcesz nas opuścić? – zapytała puszysta brunetka – Bez żadnego podziękowania? To jak szybki numerek bez buziaka, śpiąca królewno, to nie wypada!

 

  •     Jestem wam na prawdę bardzo wdzięczny za to co dla mnie zrobiliście, ale muszę wracać do żony, nie wiem co się z nią stało, zrozumcie mnie. – prosił Robert.

  •     Rozumiemy. – odezwał się facet, który do tej pory stał bez słowa i smażył naleśniki –  Pisałem                                                                                                                                                                                                                                                                     ci, że twojej żonie nic nie jest i od tamtej pory nic się nie zmieniło. Agnieszka i Bartek ją obserwują, gdyby coś się działo będziemy interweniować, jednak teraz najlepiej będzie jeśli usiądziesz i coś zjesz. Potrzebujesz trochę się wzmocnić, no i wydaje mi się, że chciałbyś zrozumieć parę rzeczy.

  Ten pięćdziesięciolatek miał miły, lecz stanowczy głos. Robert podświadomie wyczuł, że jest on tutaj najważniejszy. Wiedział też, że nikt nie zrobi mu tu krzywdy, ale zastanawiało go czemu jest przetrzymywany. Postanowił się tego dowiedzieć. Ruszył w kierunku stołu. Zajął jedno z wolnych miejsc obok króciutko ostrzyżonego faceta, który wyglądem przypominał żołnierza jednostek specjalnych: postawny, świadomy swojej siły, dobrze zbudowany. Podniósł głowę z nad talerza wypełnionego naleśnikami, uśmiechnął się do niego, wyciągnął rękę i się przedstawił.

  •     Jestem Mirek. –  odwrócił się w stronę faceta od naleśników i powiedział – Ten wyśmienity kucharz to Marcin, a ta hojnie obdarzona przez Boga i niewiarygodnie pociągająca brunetka to Lidka. Po jej prawej stronie siedzi Daniel. –  facet z czarną gęstą czupryną mrugnął do niego okiem – Z jej lewej strony – Mirek kontynuował przedstawianie wszystkich swoich towarzyszy – siedzi nasza słodka Sylwia.

 

  Dziewczyna, którą Robert na początku wziął za chłopaka obdarzyła go uśmiechem, wyjątkowo brzydkim i wyjątkowo przyjaznym.

  •     Tytus. – powiedział blondyn, którego Robert pamiętał z wczorajszego spotkania.

 

  •     Tak, właśnie. – dodał Mirek, nie zrażając się tym, że Tytus przedstawił się sam. – Ten  młody człowiek to Sebastian, wskazał na chłopaka, którego oko przykrywała grzywka, a obok niego Piotr.

   Piotr miał typowo polski kolor włosów- szary, do tego szare oczy i duży wydatny nos.

  •     Ja jestem Robert. – przedstawił się gdy przyszła kolej na niego.

 

  •     Miło cię poznać. – powiedział Mirek i podał mu kubek z kawą, brzydka Sylwia dorzuciła do tego talerz z naleśnikami.

 

  W końcu do stołu przysiadł się również Marcin i gdy upewnił się, że każdy ma pełny talerz sam też zabrał się za jedzenie. Robert połykał kęs za kęsem, był tak głodny, że w ciągu kilku minut na jego talerzu zostały jedynie resztki cukru, którym posypane były naleśniki.

  •     Widzę, że ci smakuje. – powiedział Marcin, widocznie zadowolony z tego faktu.

 

  •     Bardzo. – odpowiedział Robert, wycierając otłuszczone usta.

 

  Teraz, gdy zaspokoił swój głód miał okazję przyjrzeć się wszystkim, było widać, że dobrze się znają i darzą sympatią. Atmosfera przy stole była wręcz rodzinna. Robert trochę się odprężył i już tak bardzo się nie bał, teraz po prostu był ciekaw całej tej sytuacji. Chciał wiedzieć co się wczoraj stało, kim są tamci ludzie i czemu oni mu pomogli. Miał dużo pytań, postanowił jednak poczekać z nimi do końca kolacji, która właśnie się do tego zbliżała.

  •     Daniel i Sylwia, dzisiaj wasza kolej zmywania. – powiedział Marcin, gdy wszyscy się najedli.

  Ci wykonali polecenie tego starszego człowieka natychmiast i bez żadnego szemrania.

  •     A my z naszym gościem przejdziemy w wygodniejsze miejsce. – Mówiąc to Marcin podniósł się i ruszył w kierunku przejścia do kolejnego pomieszczenia.

 

  •     Skąd wziął się tutaj ten pokój?! Przecież tu nie było żadnych drzwi?! – krzyknął zaskoczony Robert i spojrzał wielkimi ze zdziwienia oczami na Marcina czekając na jakąś odpowiedź.

  Ten uśmiechnął się tylko i wchodząc do pokoju powiedział:

  •     Mylisz się. –  rozsiadł się wygodnie na kanapie – Ten pokój był tu od samego początku.

  Robert wszedł do środka wraz z innymi. Młody Sebastian z Lidką urządzili sobie wyścig do ostatniego wygodnego fotela jaki znajdował się w tym pokoju, ku zaskoczeniu Roberta, Lidka okazała się zadziwiająco szybka i to ona opadła swoimi, nie małymi pośladkami na mięciutką poduchę fotela, a pokonany i zawiedziony Sebastian zajął miejsce ze wszystkimi na kanapie. Robert też na niej usiadł na przeciw Marcina, ten sięgnął ręką po miskę wypełnioną fistaszkami, która stała na stole. Wyciągnął garść i rozgniatał kruche łupinki, z których wyciągał i zjadał małe orzeszki.

  •     Może zacznę od pytania, Robercie. – powiedział –  Czy w twoim życiu w ciągu ostatnich dwóch dni wydarzyło się coś nadzwyczajnego?

 

  Robert patrzył na niego nie wiedząc co powiedzieć. W głowie od razu pojawił mu się obraz lewitującego komputera.

  •     Raczej nie. –  odpowiedział.

 

  Marcin odłożył fistaszki z powrotem do miski.

  •     Na pewno? Zastanów się.

 

  Robert przez chwilę milczał.

  •    Nie wiem co mógłbym nazwać nadzwyczajnym. – powiedział w końcu.

 

  W tej chwili Sebastian nie ruszając się z miejsca wyciągnął rękę w kierunku miski z orzeszkami, a ta jak zaczarowana uniosła się w górę i ostrożnie wylądowała na jego kolanach, włożył rękę do środka wyciągnął trochę z jej zawartości po czym miska ruszyła w powrotny rejs na stolik. Robert rozdziawił usta jak ryba.

  •     Jak to zrobiłeś? –  wyjąkał, gapiąc się raz na miskę raz na chłopaka.

 

  Młody chudzielec rozbawiony jego reakcją zdmuchnął kosmyk włosów odsłaniając oko.

  •     Normalnie. – odpowiedział. – taką mam moc.

 

  •     Moc? – Zapytał Robert.

 

  •     Tak. –  odpowiedział chłopak – Każdy ma jakąś moc.

 

  Robert skierował pytanie do Marcina.

  •     Ty też?

 

    A ty? – Marcin się odwzajemnił.

  •     Chyba tak. – odpowiedział.

 

  •     No i tu dochodzimy do sedna naszej wspólnej sprawy. – odrzekł zadowolony Marcin – Myślę,że teraz możesz odpowiedzieć na moje wcześniejsze pytanie prawda?

  •     Tak – odpowiedział Robert.

 

  Był tym wszystkim zaskoczony, ale też pierwszy raz od dwóch dni poczuł, że nareszcie coś z tego wszystkiego zaczyna rozumieć.

  •     Pomogę ci. – zachęcał go Marcin – zacznij od początku.

  •     Wczoraj około południa – zaczął Robert – siedziałem w swoim gabinecie i próbowałem skończyć zlecony mi projekt, a wyjątkowo mi nie szło bo nie mogłem znaleźć żadnego wyjścia z problemu jaki powstał przy realizacji zamówień. Siedziałem nad tym od rana, byłem już tak wkurzony, że miałem wielką ochotę pieprznąć tym cholernym komputerem i wtedy to się stało. Mój monitor wystrzelił do góry i przez chwilę zawisł w powietrzu, kiedy dotarło do mnie co się dzieje, komputer wylądował na podłodze. Byłem w szoku nie mogłem w to uwierzy gdy trochę się otrząsnąłem chciałem sprawdzić czy to wydarzyło się na prawdę. Podniosłem komputer z powrotem na biurko, usiadłem na kanapie i zacząłem się w niego wgapiać. Chciałem sprawić żeby się uniósł do góry, ale jedyne co mi się udało to zepchnąć go na podłogę. To wszystko.

  •     Tak myślałem. – powiedział Marcin – Przebiłeś się przez blokadę.

 

  •     Jaką blokadę? – zapytał Robert.

 

  •     Widzisz chłopcze dzisiaj zmieni się całe twoje spojrzenie na otaczający nas świat i twoje życie. Ale pozwól, że zacznę od początku bo zawsze najlepiej od tego miejsca zaczynać, jednak zanim to nastąpi muszę cię prosić, żebyś mi nie przerywał dopiero, gdy skończę odpowiem na wszystkie pytania jakie będziesz miał. Zgoda?

  •     Dobrze. – zgodził się Robert czekając na dalsze wyjaśnienia.

 

4

  Merton siedział w swoim fotelu dygocząc na całym ciele. Czuł łaskotanie pod nosem, wiedział jaki jest tego powód, podniósł dłoń i wytarł małą stróżkę krwi, która próbowała spłynąć w dół. Rozejrzał się po reszcie swojej załogi znajdującej się z nim na mostku. Wiena siedząc na fotelu pochylała się do przodu, obejmując rękoma brzuch, na przeciwko niej klęczał przejęty Karm głaszcząc ją po włosach. Odtrąciła jego rękę z wściekłością, wyglądało że z nią nie najgorzej, natomiast z Gliwą sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Leżała nieprzytomna na podłodze, a lekarz sprawdzał jej tętno. Ten widok  wyrwał go z otępienia, w którym był. Odpiął pasy i podbiegł

do swojej przyjaciółki, uklęknął obok i popatrzył na nią. Wyglądała jak by była martwa, tylko o tym pomyślał, a już czuł jak zbita kula strachu przetoczyła się przez jego wnętrzności.

  •     Co z nią doktorze? – zapytał i modlił się w głębi duszy o to, by nie usłyszeć najgorszego.

 

  •     Jest zawieszona, próbujemy ją wciągnąć z powrotem. – to powiedziawszy zaczął jej podczepiać do głowy przyssawki dzięki, którym można było obserwować jej fale mózgowe na monitorze.

 

  •     Starszy strażniku, jesteśmy gotowi. – powiedział lekarz.

  Karm odszedł od Wieny upewniając się, że dziewczyna jest cała i usiadł obok Gliwy na podłodze. Położył jej dłoń na ramieniu, zamknął oczy i wszedł w jej świadomość, ta  natychmiast przekierowała go do kolejnej. Poczuł strach, to nie on się bał. Bała się kukiełka wybrana przez Gliwę.

  •     Co ty tu jeszcze robisz? – zapytał.

 

  •     Nie mogłam jej tak zostawić, wszystko widziała, a ja nie potrafię zaciągnąć jej zasłony – odpowiedziała.

  Czuł, że jest wykończona.

  •     Dobrze. Ja to zrobię, ty wracaj.

 

  Gdy poczuł, że jest sam szybko przeleciał wspomnienia dziewczyny i sprawnie zamienił te rzeczywiste na bezpieczne, ukrywające całą akcję. Potem odprowadził ją do domu, w którym wszystko się zaczęło. Jak lalkarz, który odkłada marionetkę po skończonym przedstawieniu. Pomyślał.

  Gliwa otworzyła oczy i próbowała wstać nie dała jednak rady, zamiast tego zwymiotowała na podłogę.

  •     No nie przesadzaj, nie jestem znowu taki obrzydliwy – usłyszała głos swojego przyjaciela – Niektórzy nawet uważają mnie za przystojniaka.

 

  Spojrzała na niego i wiedziała, że pomimo żartów jakimi sypał bał się o nią. Była świadoma  niebezpieczeństwa, mogła się zawiesić i pozostać w kukiełce.

  •     Nie znam nikogo kto by tak twierdził – postanowiła dołączyć się do jego żartów, choć nie było jej do śmiechu. Była zmęczona, wciąż ją mdliło i nie wiedziała jakie konsekwencje przyniesie to co się wydarzyło.

 

  •     Milsza jesteś nieprzytomna. – odgryzł się Merton – Panie Doktorze nie można jej uśpić z powrotem? – zapytał lekarza udając obrażonego.

 

  •     Przykro mi, pacjentka wyczerpała już zalecaną dawkę odpoczynku. – odpowiedział doktor

uśmiechając się do Gliwy.

 

  Napięcie jakie powstało odrobinę opadało.W tej chwili powrócił do siebie również Karm.

  •     Jak się czujesz? – zapytał Gliwę.

 

  •     Jestem piekielnie zmęczona. – odpowiedziała próbując odzyskać władzę w swoim ciele -

Nigdy więcej tego nie rób, rozumiesz? Jeśli czujesz, że nie dajesz rady wracaj i przekaż kukiełkę starszemu strażnikowi. Wszystko mogło skończyć się zupełnie inaczej. Wiesz o tym?

 

  •     Wiem, ale nie chciałam jej zostawić w takim stanie. Starszy strażniku przecież nie możemy  traktować ich jak jakieś laleczki. To tacy sami ludzie jak my.

 

  Słysząc to Karm zastanowił się przez chwilę czy Gliwa opuściła jaźń tej dziewczyny tak szybko jak  mu się wtedy wydawało, ale czuł kiedy odchodziła. Był pewien, że nie mogła słyszeć jego myśli co czasami się zdarzało, gdy dwóch strażników przebywało w jednej świadomości.

  •    Odbieramy im dostęp do mocy, a sami wykorzystujemy to co posiadają. – ciągnęła dalej swój wywód Gliwa – Dla mnie to czyni z nich naszych pomocników i nie pozwolę na to, żeby ktokolwiek z nich na tym ucierpiał. Poza tym myślę, że cała nasza akcja nie poszła zgodnie z planem i to nie tylko z mojej winy.

  Gliwa rzuciła mu wyzywające spojrzenie.

  •     Kim byli ci ludzie? – zapytała.

 

  Karm nie chciał o tym rozmawiać, przynajmniej nie teraz kiedy sam musiał przemyśleć całą sytuację. Wiedział wcześniej o istnieniu rzeczywistych, ale do niedawna  nie sprawiali takich problemów. Jednak teraz to sie zmieniło i on chciał wiedzieć dlaczego.

  •     Na razie idźcie odpocząć. Omówimy wszystko gdy dolecimy na Ziemię, jestem wam winien pewne wyjaśnienia.

 

  •     Żebyś wiedział. – powiedziała wściekła Wiena, pomagając w tym czasie swojemu przyjacielowi podnieść Gliwę z podłogi.

 

  Karm wszedł do swojej kabiny, było to dość duże pomieszczenie wyposażone w wygodne łóżko, które dopasowywało się do kształtu ciała jego właściciela. Kładąc się na takim łóżku miało się  wrażenie lewitacji, każda część ciała odpoczywała, napięcie znikało z każdego mięśnia, tego mu właśnie teraz było trzeba jednak nie mógł sobie na to pozwolić. Spojrzał na ścianę gdzie wisiał ekran, który pokazywał miejsce ich aktualnego pobytu. Widział, że są coraz bliżej Ziemi. Był zdenerwowany, zaciskał wtedy szczękę tak mocno, że na drugi dzień odczuwał tego skutki kiedy próbował coś ugryźć

  •     Jak to możliwe, że zyskali taką moc? – zaczął analizować wszystko co się wydarzyło – Do tej pory bawili się tylko próbując wzmacniać swoje odkryte talenty, jednak bez zdjętej blokady była to znikoma cząstka tego co w nich drzemie na prawdę. Tym razem jednak było zupełnie inaczej. Skąd wiedzieli o pretendencie? – w głowie Karma pojawiały się coraz to nowe pytania – Sam tego nie zgadnę. – pomyślał – Wyjaśnień może udzielić mi tylko jedna osoba.

 

  Karm usiadł na krześle, które było skonstruowane w podobny sposób jak łóżko, przymknął oczy i wysłał jej sygnał, że pragnie z nią rozmawiać. Chwilę czekał rozkoszując się poczuciem wygody jaką dawało krzesło, za chwilę jednak pojawił się obraz Swerty, najpierw jej piękna twarz, a potem cała postać. Wiedziała wszystko i była bardzo zawiedziona.

  •     Jak mogłeś do tego dopuścić? – zapytała.

 

  •     Nie dałaś mi pełnych danych. – próbował się bronić choć sam miał do siebie pretensję o to co się wydarzyło.

 

  •      Dostałeś tę misję nie bez powodu, jesteś jednym z najsilniejszych starszych strażników. Jest w tobie doświadczenie zbierane przez setki energii. Jak mogłeś dać się zaskoczyć grupce ludzi, którzy posiadają  jedynie swoje pojedyncze energie? Nawet jeśli ich moc jest silniejsza niż do tej pory podejrzewaliśmy to i tak ty dysponujesz setki razy większą.

 

  Swerta robiła mu wyrzuty i choć robiła to bez żadnych widocznych oznak złości, a nawet  można by powiedzieć, że w ogóle nie było w niej zbyt wielu widocznych emocji, to jednak jej słowa dotykały go do żywego. Był perfekcjonistą, od zawsze najlepszy, porażki odnosił niezwykle rzadko i trudno było mu przełknąć tą gorzką pigułkę, ale w tym wszystkim było coś jeszcze. Swerta pierwszy raz czegoś nie wiedziała

  •     Co ty mówisz Pani, przecież ty kontrolujesz blokadę i nic nie może wydarzyć się bez twojej wiedzy.

 

  Wiedział, że trafił w sedno. Zaczął drążyć temat

  •      Nie rozumiem dlaczego nas nie ostrzegłaś, że rzeczywiści planują nam przeszkodzić.

  Swerta zamilkła i spuściła wzrok.

 

  •     Poza tym nie byłem tam osobiście i mogłem korzystać ze swojej mocy jedynie za pośrednictwem kukiełek, a wiesz, że to bardzo duże ograniczenie. – szukał dla siebie jakiegoś usprawiedliwienia, aby złagodzić swoje poczucie klęski. – Było by zupełnie inaczej gdybym był na miejscu osobiście, niestety oni nas wyprzedzili, a ty nas nie ostrzegłaś. Dlaczego?

 

  Na tym się zatrzymał czekając na jej odpowiedź.

    Bo ich nie widzę, Karm. – powiedziała podnosząc swój wzrok i ponownie patrząc mu prosto w oczy z tym swoim spokojem i poczuciem siły nawet teraz, gdy okazało się, że jej moc wcale nie jest taka nieograniczona jak to sobie wyobrażał.

 

  •     Jak to jest możliwe? – zapytał naprawdę zaskoczony tym co mu przed chwilą wyznała.

  •    Widzisz Karm, bardzo rzadko zdarza się, że na świat przychodzi pretendent, jednak gdy się zjawia ma on wrodzony dar niezależności od wszystkich innych, czyli może odłączać się od wspólnej jaźni jaką posiadamy i przyłączać dość swobodnie, jednak będąc przez jakiś czas pod naszą blokadą jego umiejętności słabną i kontrola nad nim jest już wtedy prosta do momentu, gdy uda mu się przebudzić. Wtedy zjawiamy się my, zabierając go i przygotowując do jego powołania. Jednak jest ktoś kto przyszedł z tym darem wśród rzeczywistych, gdzie od małego był uczony umykać blokadzie, co spowodowało, że jego dar mógł rozwijać się bez żadnych ograniczeń. Do jakiego stopnia jest to możliwe przy pojedynczej energii? Nie wiemy, bo nigdy wcześniej to się nie wydarzyło, jest to dla nas coś nowego i nieprzewidywalnego. Teraz, gdy się ujawnili przynajmniej mamy tego świadomość i będziemy mogli przyjrzeć się temu zjawisku bliżej, jednak nie będzie to łatwe, bo nie możemy ich kontrolować wspólną jaźnią. Jest to możliwe jedynie za pomocą osobistego kontaktu i tu pojawia się drugi punkt waszej misji. Oprócz tego, że musicie odzyskać pretendenta, dodatkowo koniecznie musicie ich namierzyć i zobaczyć jak to wszystko działa.

Dlatego przydzielam wam kwaterę i pobyt na Ziemi do odwołania.

  Karm  nie sprzeciwiał się, był zaskoczony tym co usłyszał. Poza tym sam był ciekaw nowej sytuacji. Wiedział, że taka wolna jaźń jest niebezpieczna dla nich wszystkich, a zwłaszcza dla blokady.

  •     Dobrze Pani, powiadomię załogę, gdy dotrzemy na miejsce. – powiedział.

 

  •     Nie Karm, nie całą załogę przeznaczam do tej misji. Tylko ciebie, Gliwę, Mertona i Wienę. Nie chcę żeby było was tam za dużo. Razem macie naprawdę ogromną moc, więc dacie sobie radę.

 

  •     Dobrze Pani. – przytaknął kolejny raz.

 

  Swerta zniknęła.

  Był bardzo podekscytowany, już tak dawno nic się nie działo. Przez wiele lat doskwierała mu nuda, wszystko pod ciągłą kontrolą, od czasu do czasu tylko małe zachwiania z rzeczywistymi, gdy ujawniali swoje moce przed ludzi będących pod  blokadą, ale to były tylko drobiazgi z którymi bardzo szybko się rozprawiali. Teraz to jednak było prawdziwe wyzwanie, nikt nic nie wiedział ani nie widział, to było coś więcej niż tylko małe poprawki. To było coś nie możliwego do przewidzenia. Wszystko zależało teraz tylko od niego i jego grupy. Najważniejsze było to, że nie wiedział czego się spodziewać. Bardzo cieszyła go ta nowa sytuacja.

  •     Tak musiał się czuć każdy prekursor odkrywając coś przełomowego. – pomyślał.

 

  Można powiedzieć, że przyniesie nowe doświadczenia dla przyszłych energii, a on zawsze tego pragnął. Nie chciał być kolejnym pustym naczyniem, które tylko przejmuje moc nie dokładając czegoś od siebie. Wiedział, że jest gotów na wszystko by wykonać misje, musi mu się udać.

  Tym czasem statek właśnie kończył swoją trasę, nawet tego nie zauważył, teraz jednak musi przekazać wszystko swojej grupie. Cieszył się też, że Wiena została wyznaczona do tej misji. Podobała mu się. Lubił na nią patrzeć, ale też wzbudzała w nim odczucia, których nie czuł do nikogo odkąd został strażnikiem planet. Było w niej coś co kazało mu się o nią troszczyć, chociaż była silną, stanowczą kobietą i nie potrzebowała niczyjej opieki. On jednak czuł nieustanny przymus ochraniania jej. Poza tym czerpał przyjemność z jej świeżości, pomimo wielu lat stania na straży nie była przesiąknięta tym poczuciem odpowiedzialności za wszystkich, który towarzyszy  większości strażnikom po przejęciu energii swoich poprzedników. Ona pozostała taka radosna, pomimo całkowitego oddania wspólnym celom i jaźni miała swoją autonomię, potrafiła się przyjaźnić, a nie tylko być lojalną wobec innych strażników. To na prawdę było coś wyjątkowego.

Posiadać w sobie wiele energii i nie dać się im zdominować. Chciał być przy niej jak najczęściej. Nie mógł uwierzyć w to, że los mu tak sprzyja, ma dwa wymarzone cele na wyciągnięcie ręki.

  Gliwa leżała na łóżku w gabinecie lekarskim, czuła się już o wiele lepiej. Jej organizm dość szybko naprawiał obrażenia jakie odniosła podczas starcia. Najczęściej  było to łatanie żył, które niszczyło ciśnienie krwi, jeśli się źle kontrolowało bicie serca, co nie było łatwe, gdy dodatkowo trzeba było się zajmować czyjąś świadomością. Dzięki dostępowi do wiedzy po zdjęciu blokady umiała stosować samo leczenie jak każdy strażnik planet. W sali było ciepło i przyjemnie leciała relaksacyjna muzyka, a ona rozmawiała z przyjaciółmi za pomocą telepatii.

  •     Martwiliśmy się o ciebie. – powiedział Merton –  Dlaczego tak ryzykujesz? Trzeba było wrócić po pomoc. –  powiedział z troską i przyganą w głosie.

 

  •     Nie zrozumiesz tego. Nie wiesz co ona czuła, nie mogłam jej tak zostawić, dużo widziała zanim zablokowałam jej świadomość. Mocno się przestraszyła i to spowodowało, że nie mogłam zmienić jej wspomnień. Próbowałam wszystkiego, bardzo chciałam, żeby mogła przestała się bać. – na chwilę zamilkła – W takich chwilach czuję się jak oprawca, który znęca się nad swoją ofiarą.

 

  •     Przecież wiesz dlaczego to robimy. – przerwała jej Wiena – Nie zadręczaj się poza tym teraz i tak już nic z tego nie pamięta. Karm o to zadbał. Sama widzisz jak wielka jest nasza moc Wyobraź sobie co by było, gdyby każdy mógł z niej korzystać, włącznie z Nilsem.

 

  Gliwie ciarki przeszły po plecach .Na samo wspomnienie sadystycznego chłopaka, z którym była w czasach, gdy jeszcze nie znała swojego przeznaczenia, w czasach, gdy jeszcze nie potrafiła się bronić i stawiać czoła trudnością jakie rzucał jej los, w czasach tak odległych, że wspomnienia wydawały się snami.

  •     Masz rację. – przytaknęła Gliwa – Czasami zapominam jak wygląda świat. Zapominam, że nie wszyscy ludzie są  tacy jak w naszych bazach. – powiedziała to z widocznym żalem.

 

  •     Za to nad wszystkimi mamy kontrolę i możemy dbać o to, by nikt  nie miał dostępu do naszej wspólnej mocy i żaden psychol nie urządził sobie z niej narzędzia, które służyło by tylko jego interesom. – rzekł Merton, przywracając wszystkim optymizm, jak to miał w zwyczaju – Cieszę się, że jesteście całe i zdrowe, a jeśli mamy się nad czymś zastanawiać to wolę temat tych ludzi, którzy skopali nam tyłki.

 

  Uciął dyskusje i zmienił temat na bardziej go interesujący. Sam już dawno przerobił swoje wyrzuty sumienia związane z blokadą. Był pewien, że postępuje dobrze.

  •     Widziałyście już kiedyś kogoś takiego jak oni? – zapytał.

 

  •     Ja kiedyś słyszałam o ludziach, znających prawdę. – przyznała Wiena – Myślałam jednak, że są słabi, bo pomimo wiedzy jaką posiadają, blokada wciąż ich ogranicza. Mają moce ale one są śladowe.

 

  •     Ich moce nie były śladowe, jeśli to o nich mowa. – zauważyła Gliwa.

 

  •     Racja. – przytaknął jej Merton – Do tej pory mnie mdli po tym co włożyła mi w głowę tamta dziewczyna, iluzja była tak silna, że czułem ból. Wyobraź sobie, jak mogą to wykorzystywać, cała ta sytuacja  nie wygląda różowo, mają naszego pretendenta i siły, które nas zaskoczyły. Wcale nie będzie łatwo.

 

  •     No i dobrze, przynajmniej się rozruszamy – powiedziała z widocznym zadowoleniem Gliwa.

 

  •     I kto to mówi? Jeszcze się do końca nie uleczyłaś z poprzedniego starcia, a już ci się marzy kolejne. – Wiena zaczęła sie śmiać ze swojej przyjaciółki, wyraźnie zadowolona z jej entuzjazmu. Widziała, że wraca do zdrowia.

 

  •     Teraz wiem czego się spodziewać i szczerze mówiąc to uważam, że przyda nam się trochę nowych wrażeń i doświadczeń, zobaczcie jak zgnuśnieliśmy na tych naszych wygodnych posadkach. Dostać takie manto to wstyd, na pewno będziemy obiektem kpin przez następne pięćdziesiąt lat.

 

  •     To prawda. – zgodził się z nią Merton – Musimy w spektakularny sposób odbić pretendenta i dać im nauczkę, inaczej nie wracam do bazy.

 

  •     My też. – dziewczyny skwapliwie mu przytaknęły.

 

  Strażniczy statek zawisł nad parkiem. Niemalże dotykał wierzchołków starych Dębów.  Ludzie przechodzący obok kompletnie nie zwracali na niego uwagi. Tak, jak by nic nie widzieli. Jego cień przysłonił większą część terenu jaki zajmowała zieleń. Wzmógł się wiatr. Reakcja ludzi na to co się działo była taka jak na zmianę pogody. Jakiś pan postawił kołnierz, przechodząca kobieta owinęła się szczelniej kolorową apaszką, każdy przyspieszał kroku żeby nie dać się złapać ulewie.

  Główną mocą Mertona było tworzenie iluzji, a dzięki przekazanym energią jego moc była na tyle silna, że mógł stosować ją wobec wielu osób jednocześnie, co też w tej chwili robił. Każdy kto przechodził obok statku spoglądając w niebo szukając przyczyny zaciemnienia mógł zobaczyć zamiast statku – dużą burzową chmurę, która zbierała się nad ich głowami. Taką iluzję wybrał – jak najbardziej wiarygodną dla oczu ludzi niewidzących świata rzeczywiście  Dlatego teraz spokojnie opuszczali pokład statku pod jej osłoną. Nikt ich nie widział i nikt nie słyszał, byli jak duchy przebywające w nie materialnym świecie. Gdyby kogoś dotknęli, człowiek poczuł by tylko małe elektryczne spięcie takie jak czasami zdarza się przy dotknięciu jakiegoś przedmiotu będąc naelektryzowanym. Czuli się wyróżnieni, podekscytowani – byli wybrani, to trochę łagodziło niesmak wcześniejszej porażki. Ich kwatera znajdowała się po drugiej stronie parku, w którym wylądowali. Było to dość duże i wygodne mieszkanie z czterema sypialniami, dużym salonem, dwoma łazienkami, małą kuchnią i przedpokojem.

  •     Rozlokujcie się w pokojach. Daję wam na to dwadzieścia minut, potem spotykamy się tutaj.

 

  Karm wydał rozkaz i sam poszedł do pokoju mieszczącego się w najodleglejszym kącie  mieszkania. W trójkę otworzyli drzwi do pierwszego pokoju. Wnętrze było w stonowanych kolorach z biurkiem, szafą, łóżkiem i małą szafką.

  •     Myślałam, że będzie lepiej urządzone. – Gliwa zaczęła narzekać.

 

  •     Co ci się nie podoba? Przecież to fajne przestronne mieszkanie.

 

  •     Daj spokój Wiena. Tobie to wszystko się podoba, nie jesteś zbyt wybredna. Ja wolałabym, żeby było urządzone z większą fantazją. – powiedziała, po czym rzuciła się na łóżko wystawiając na próbę jego sprężystość – No to nie to samo co nasze łóżka dzisiaj nie będzie się nam już tak wygodnie spało.

 

  •     Zobaczcie jaki widok. – Merton stał wyglądając przez okno.

  Dziewczyny podeszły do niego. Najpierw Wiena, potem Gliwa, która musiała podnieść się z łóżka. Wyjrzały przez okno za którym po drugiej stronie ulicy rozciągał się park, już go widzieli,  ale widok z góry zapierał dech w piersiach. Dębowe alejki ciągnące się w nieskończoność wzdłuż, których poustawiane były klimatyczne drewniane ławeczki. Powoli zmierzchało, więc paliły się lampy dając słabe światło. W głębi było widać plac zabaw, w którym za dnia bawiły się dzieci. Po lewej stronie rozciągał się sztuczny staw porośnięty trzciną. Ludzie wychodzili, żeby nacieszyć się wieczornym spokojem.

  •     Piękna ta Ziemia. – westchnęła Wiena.

 

  •     Tak. –  przyznała Gliwa.

 

  Stali tak przez chwilę zachwycając się tym czego nie mieli na co dzień. Z bazy widać planetę w całej krasie – z błękitnymi oceanami. białymi chmurami, ale to nie oddawało jej  wewnętrznego uroku. Oczywiście z bazy mieli równie piękne widoki na wszechświat. Kiedy widziało się go pierwszy raz odbierał mowę, jednak sentyment do miejsca, z którego pochodzili brał nad tym górę. Nie było ich tu ładnych kilkadziesiąt lat, powracały wspomnienia, a tęsknota za dawnymi czasami rozlewała się w sercach. Można by powiedzieć, mają syndrom emigranta. Gdzie by nie byli, nigdy nie czuli się tak dobrze jak na swojej planecie. Nigdy żadne miejsce nie będzie dla nich piękniejsze niż Ziemia. Jedynie Wiena nie czuła tego co oni, jako jedyna nie pochodziła stąd. Urodziła się na Jowiszu, jednak zgadzała się z nimi to był naprawdę ładny obrazek

  •     Dobra, bierzmy się za rozkładanie, bo zaraz minie nam czas przydzielony przez Naszą Wysokość i król się rozzłości. – Wiena drwiła z zachowania Karma.

 

  •     Odkąd dostał tę misję zachowuje się jak Syskacz. –  powiedziała, demonstrując nadmuchane powietrzem policzki, wszyscy jednocześnie wybuchnęli śmiechem.

 

  Syskacz było to małe stworzonko z jej planety, które posiadało dość zabawny zwyczaj pokazywania swojej zdobyczy każdemu stworzeniu znajdującemu się w pobliżu jego kokonu, który budował na powierzchni ziemi. Kształtem przypominał ziemską dżdżownicę jednak Syskacz posiadał szereg nóżek i mógł dowolną część swojego ciała nadymać zwiększając swoją objętość co było jego sposobem ochrony i zastraszenia, dość skutecznym zresztą, bo potrafił zwiększyć swoją objętość siedemdziesięciokrotnie w czasie nie całej sekundy. Gdy tylko jakieś stworzenie pojawiało się w jego pobliżu Syskacz wyciągał swoją zdobycz przed swój kokon stawał na niej i wydymał przednią część ciałka robiąc się podobnym do gigantycznej żabiej kijanki z łapkami. Oczywiście, zaraz za drzwiami ujrzeli twarz starszego strażnika, trudno im było powstrzymać rozbawienie patrząc na niego po demonstracji Wieny.

  •     Widzę, że macie dobre humory i jestem ciekaw czym jest to spowodowane, bo na pewno nie wynika z dumy po sprawnie przeprowadzonej akcji.

 

  Dobry nastrój prysł, nikomu już nie było do śmiechu po tym co usłyszeli.

  •     Za pięć minut widzę was w salonie. – rzucił i odszedł w pełni zadowolony z efektu jaki osiągnął.

 

  Nie chciał żeby się rozpraszali, zależało mu na maksymalnym skupieniu i stuprocentowej skuteczności tych ludzi. Był żądny sukcesu i nie zamierzał zaprzepaścić takiej szansy jaką dawał mu los.

  Po pięciu minutach wszyscy stawili się na miejscu zgodnie z rozkazem.

  •     Siadajcie. –  powiedział Karm.

 

  Cała trójka zajęła miejsca na kanapie.

  •     Nasza misja zmieniła trochę swoją strukturę. Jej celem oczywiście nadal jest odzyskanie pretendenta, którego straciliśmy, ale jest też druga część zadania, którą muszę poprzedzić pewnym uzupełnieniem faktów koniecznych do tego byście mogli sprawnie działać.

 

  Na chwilę zapadła cisza. Przyjaciele niecierpliwiąc się, czekali na to co miał do powiedzenia.

  •     Jak zdążyliście zauważyliście są pewni ludzie, którzy potrafią korzystać ze swoich mocy o czym mogliśmy się przekonać osobiście. Jest to możliwe, gdyż są potomkami ludzi, którzy po zakończeniu wojen, w których zostały zniszczone cztery planety z ich mieszańcami. Uniknęli przed działaniem blokady.

 

  •     Jak to możliwe? – zapytała wstrząśnięta Wiena – Przecież to moc najwyższa. Nie da się jej oprzeć.

 

  •     Jest na to sposób. – odpowiedział Karm – Jeśli wiesz jak i kiedy użyć swojej mocy, żeby stworzyć dystans między swoją jaźnią a wspólną.

 

  •     Przecież jest tylko wspólna jaźń. Nie można istnieć nie zależnie od niej! – Merton podniósł ton swojego głosu.

 

  Właśnie dowiedział się, że coś było inne niż mu mówiono Czuł się oszukany i wkurzało go to. Potrafił zrozumieć sens tego masowego kłamstwa jakim była osłona stosowana wobec wszystkich istnień. Wiedział, że to ich chroni przed niszczeniem siebie i innych. Oczywiście był świadomy tego, że nie każdy człowiek na wszystkich planetach był do tego skłonny, ale wielu próbowało by wykorzystywać swoje umiejętności w niewłaściwy sposób, przynosząc szkodę wszystkim, dlatego kochał to do czego był powołany. Jednak nie rozumiał, czemu pomimo tego, że ma dostęp do wiedzy i przeszłości  coś się przed nim ukrywa. Myślał, że po zdjęciu blokady nigdy więcej nie będzie okłamywany.

  •     Są ludzie, którzy to potrafią. Jednym z nich jesteś na przykład ty. – Merton patrzył na Karma z rozdziawionymi ustami – Gdybyś tego nie potrafił nie był byś dzisiaj tym kim jesteś. To dzięki tej umiejętności każdemu pretendentowi udaje się przebić przez blokadę.

 

  •     Ale ja nie umiem odseparować się od wspólnej jaźni. – zaprotestował Merton.

 

  •     To prawda, ale tylko dla tego, że odkąd się urodziłeś byłeś pod działaniem blokady, która cię pozbawiła tej umiejętności. Ludzie nigdy wcześniej nie byli nią objęci, bo jak wiecie w tamtych czasach blokada jeszcze nie istniała. Kilka osób z naszego otoczenia było przeciwnikami takiego rozwiązania problemu jaki wymyśliliśmy w związku z problemami jakie stwarzali ludzie mając moc. Nie dbali o to czy robią komuś krzywdę niszcząc wszystko co stanie im na przeszkodzie do osiągnięcia własnych celów, podstępnie udawali, że dali się przekonać, oszukali nas i zebrali dość pokaźną grupę, która odłączyła się od wspólnej jaźni unikając blokady. Od tamtej pory istnieją poza nią i od czasu do czasu sprawiają nam problemy. Jednak nie są one tak liczne jak były w czasach, gdy każdy miał dostęp do swoich mocy. Teraz bez większych problemów możemy to kontrolować. Po części zawdzięczamy to ludziom, z którymi wiążą się kolejne pokolenia rzeczywistych bo tak ich nazywamy. Dość często bywa tak, że zakochują się w ludziach objętych blokadą, a jak już wam mówiłem tacy ludzie nawet przebudzeni nie mogą tej umiejętności odzyskać. Pomimo prób jakie podejmują. Przynajmniej tak było do tej pory.

 

  •     Więc możemy ich kontrolować czy nie? – zapytała lekko zdezorientowana Gliwa.

 

  •     Mogliśmy to robić w pewnym stopniu, choć dość ograniczonym.

 

  •     Mogliśmy? Czyli już nie możemy?.

 

  •     Tak. Od jakiegoś czasu najwyższa strażniczka zauważyła brak jakichkolwiek informacji o nich we wspólnej jaźni, co do tej pory się nie zdarzało. Podejrzewamy, że wśród ludzi nie objętych blokadą urodził się ktoś właśnie z tą bardzo rzadką umiejętnością odłączania się od jaźni, a nie będąc pod wpływem naszej blokady. Spokojnie rozwijał swoją umiejętność i teraz może odłączyć każdego kogo zechce.

 

  •     Przecież ludzie którzy umknęli blokadzie wtedy też to umieli, więc czemu to się po jakimś czasie skończyło? – zapytała Wiena.

 

  •     Nie wiem, myślę jednak, że nie potrafili tego przekazać. Bez uczestnictwa wszystkich najwyższych strażników nie można przenieść energii co wiąże się z tym, że dożywając starości oni po prostu umierają wraz ze swoimi mocami.

 

  •     Ale to bez sensu, po co wybierać życie po za jaźnią skoro nie można przenieść swojej energii dalej? Przecież to samobójstwo. Jak mogli tego chcieć.

 

  •     Najprawdopodobniej myśleli wtedy, że uda im się znaleźć na to sposób.

 

  •     To może tłumaczyć powód przejęcia naszego pretendenta. – zauważyła Wiena.

 

  •     Masz rację, myślimy, że będą próbowali przełożyć czyjąś energię.

 

  •    Nie ma więc na co czekać, trzeba się zbierać i iść skopać im tyłki. Odbieramy pretendenta, załatwiamy co mamy załatwić i wracamy do bazy. – podekscytowała się Gliwa.

 

  •     Nie tak szybko moja droga. – Karm przystopował jej zapędy – Jak już mówiłem nasza misja opiera się na dwóch zadaniach. Pierwsze jest wam znane, drugie jednak jest ważniejsze. Mówiłem wam, że nie możemy od jakiegoś czasu podglądać rzeczywistych i to jest właśnie nasze zadanie. Musimy dowiedzieć się, dlaczego tak jest i co oni kombinują. Najpierw ich odnajdziemy, a potem przedostaniemy się do ich szeregów udając zwykłych ludzi.

 

  •     Co? – zdziwiła się Wiena – Ile to potrwa?

 

  •     Dopóki nie dowiemy się na jakich zasadach to wszystko działa.

 

  •     Ale czad! Od kiedy zaczynamy? – Merton był równie zachwycony jak Gliwa.

 

  Wszyscy wiedzieli, że to coś wyjątkowego. Tylko Wiena nie czuła się spokojna.

Monika

autorka: Ilona

Heriono – mój demonie

Część 1

Tak. Jestem przestępcą. Tak. Okradałam ludzi. Tak. Liczyłam się z konsekwencjami i miałam świadomość popełnianych czynów. Tak, wiem, że to złe, że tak się nie godzi. Tak, tak, tak….

Nie użalam się nad sobą, czuję się winna, lecz również czuję się niezrozumiana przez nasz polski wymiar sprawiedliwości. Jestem narkomanką uzależnioną od heroiny.

Pierwszy raz „poczęstowała” mnie nią moja pierwsza miłość, pierwszy poważny chłopak, związek. Handlował heroiną, był barmanem, był szanowany na dzielnicy, liczono się z jego zdaniem, miał wiele kontaktów i był wpływowy.

Ja – zaczynająca technikum ekonomiczne 16-letnia „dziewczynka” z dobrego domu, byłam nim zafascynowana i … zakochana tak, że nie widziałam poza nim świata. Wszystko układało się rewelacyjnie do pewnego momentu.

Heroina nie ominęła i nie oszczędziła Adama. Wpadł w jej sidła. Świat, który do tej pory jawił się w kolorach tęczy, zaczął powoli trawić bezwzględny mrok. Z każdym kolejnym dniem Adam dystansował się i oddalał ode mnie.

Pewnego dnia siedział z folią w dłoni, tutką w zębach goniąc kroplę. Spojrzał na mnie z zawieszonym w głąb gdzieś wzrokiem, jakbym była przezroczysta i zapytał:

- Chcesz bucha?

Chciałam. Chciałam być tam, gdzie on, chciałam być z nim. Jeden zjazd, drugi zjazd, trzeci, czwarty. Błogostan, czuję się fantastycznie, pomimo to, że chce mi się rzygać. Biegnę do łazienki, wymiotuję, skąd we mnie tego tyle? Ale jakie to rzyganie przyjemne! Mogłabym tak rzygać w nieskończoność. Wracam po dłuższej chwili.

- To normalne – mówi Adam – Zajarasz jeszcze parę razy i minie.

Kochaliśmy się całą noc, z przerwami, by pogonić kroplę.

I trach, nie wiem kiedy, wpadłam w sidła mojego własnego demona – heroiny.

Nasz związek?

Związku już nie było. Za to była heroina i nasz narkomański układ.

Zaczęłam handlować, bo Adam miał przypał i zainteresowała się nim policja. Potem okazało się, że sprzedał go jeden z klientów.

Jestem u siebie w domu z towarem Adama. Co chwila telefon: – Ile? – Tam, gdzie zawsze. – Zaraz będę.

Czas rozliczenia, zszedł cały towar. Trzeba wziąć kolejny, ludzie już czekają, telefon napierdziela, połączenie za połączeniem.

- Dziel ten towar, k***a, a nie zwisy zaliczasz.

Kolejny buch i jeszcze jeden. Zaczynam dzielić. Aktywna będę za 40 minut. Z drugiej strony słuchawki niezadowolenie. – K***a, Ilona, mówiłaś to już godzinę temu, na skręcie jestem błagam, szybciej się nie da???

- Nie da się, czekaj!

Czekają – czekają wszyscy. Jak głodne hieny na padlinę…. 20 sztuk za jednym razem. Okrążyli mnie, jakbym była jakimś guru, z wdzięcznością wręczając mi 5 dych za pestkę i krótkim „jesteśmy w kontakcie” wypowiedzianym niemal w biegu.

Coraz więcej hajsu, coraz więcej towaru, coraz więcej ćpamy. Coraz więcej afer, coraz więcej niezrozumienia, coraz więcej kłótni. Przeciąg w bani. Przepaść między nami.

Rodzice dowiadują się, że ćpam. Zaczyna się walka ze mną, z ćpaniem, z Adamem.

- Zero, jakichkolwiek kontaktów z tym ćpunem – krzyczy mama.

- Mówiłem ci, ostrzegałem, na wszystko pozwalałaś i teraz masz – drze się ojciec.

Szlaban. Schodzi ze mnie heroina. Odkąd biorę nie byłam jeszcze na głodzie. Wszystko mnie boli. Mam dreszcze. Leci mi z nosa – gil po pas. Łzawią oczy i ten ból – k***a, jak to boli!

Jestem uziemiona – szlaban – muszę dać radę. Przecież musi to minąć. Nie mija. Jest coraz gorzej. Już nie dam rady. Po kryjomu dzwonię do Adama. Jest w domu.

- Przyjdź, zaleczę Cię.

Uciekam. Zrywam się z domu.

Jestem. Pierwszy, drugi, trzeci buch. Jestem jak nowo narodzona, magiczny lek.

Dziękuję ci heroino. Już mi lepiej…. Coraz lepiej….

Tak było wtedy. A teraz już wiem, że o wiele lepiej jest mi żyć na trzeźwo.

Narkotyki to syf i mega biznes. Czaicie?

Ktoś żyje z nas i z naszych ziomali. Tak samo szlugi i alkohol. To jest biznes. I każdy z nich pluje na naszą krzywdę.

Czego potrzebujemy, a co jest zwykłą wkrętką?

Czym się delektujemy, a co zostawi piętno?

To była część pierwsza. Poczekajcie na część drugą.

Część 2

Otwieram oczy. Boże mój, która to godzina?….

Zaliczyłam zwis, zasnęłam, przecież starzy mnie zabiją. Boję się. Obok śpi on….

Kocham go. Strach powoli odchodzi, kiedy tak na niego patrzę. Jeszcze czuję się przy nim bezpiecznie. Jeszcze…

Kręcę tutkę. Adam opala folię. Odkąd jaramy razem, stało się to dla nas porannym rytuałem, który wspólnie celebrujemy wychwalając naszego „bożka” pod wszelkie niebiosa. …

Jakie to jest cudownie przyjemne, ten pierwszy buch, moment, kiedy wciągasz to w płuca i zatrzymujesz w sobie. Gdyby tylko moje płuca nie domagały się tlenu, mogłabym już nie oddychać.

W tle „Molesta Ewenement” – „Jeden mach. Jestem w snach. Słodkich tak, że chciałbym tu zostać”. Taaaak. Świat się zatrzymał, stoi w miejscu… Jestem taka szczęśliwa. Obok mnie on – nie mniej szczęśliwy niż ja. Chwilo trwaj….

Euforyczny niemal stan i my splątani ramionami, a w tle moja druga miłość, rap. Teraz myślę, że mi dobrze, że mi bardzo dobrze, że jestem szczęściarą. Chilloutowy stan przerywa dzwonek do drzwi.

- K***a, policja – zrywa się Adaś z prędkością pocisku, w locie zgarnia wszelkie akcesoria.

Dzwonek do drzwi jest coraz bardziej namolny. Od razu mnie odmula i wchodzę na pełen orient. Mimo tego, że jeszcze przed chwilą przelewałam się w ramionach Adama i reprezentowałam zwłoki.

- Chowaj towar! Chowaj, k***a, towar!

- Ale gdzie?

- W majtki! Kitraj go w majtki, ciebie nie przeszukają!

Podnosi się we mnie adrenalina. Ciśnienie skacze. Bez zastanowienia chowam dill paki w majtki.

- Otwierać! Policja!

Otworzył. Wsypali się do środka we czterech. Gleba, nakaz, przeszukanie, wywózka na komendę. Na miejscu siara, osobista. Wypada towar.

- Czyje to?

- Moje – odpowiadam. Przecież nie mogłabym inaczej. Dołek. Mój pierwszy w życiu dołek. Biję się z myślami, opętana przerażającym strachem. Co dalej, co z nami zrobią, pójdę do więzienia. Boję się z każdą minutą coraz bardziej. Z płaczu, strachu i zmęczenia zasypiam na zatęchłym materacu.

Budzi mnie starszy policjant i uśmiechem mówi mi, żebym zwijała „łóżeczko”. Teraz jestem tak zmęczona i słaba, że naprawdę wszystko już mi jedno, co będzie ze mną dalej. Chce mi się spać. Zaczynam źle się czuć. Praktycznie zeszła już ze mnie hera.

Nic nie myślę. Jak robot wykonuję polecenia. Prowadzą mnie do innego bloku. Siadaj, przesłuchanie, przedstawiają mi zarzuty. Przyznaję się – nie mam wyjścia. Biorę wszystko na siebie – tak trzeba. Jeszcze tylko kilka moich podpisów.

- Co teraz ze mną będzie? Mówi, że sąd zadecyduje.

- Co będzie z Adamem?

- Ty lepiej o siebie się martw, dziewczyno, a nie zawracaj sobie nim głowy.

Wychodzę po rozliczeniu się z dołkiem. Dziękuję, dziękuję ci Boże. Jeszcze nie myślę o konsekwencjach, przecież jeszcze żadnych prawnych nie poniosłam. Jakoś tam będzie, myślę.

Niebawem jednak przekonam się, jak irracjonalny jest mój sposób myślenia i w jak wyimaginowanym świecie żyję.

Teraz w głowie mam jedno – muszę się zaleczyć. Muszę zadzwonić do Adama. Wychodzę na chodnik przed komendę. Włączam telefon. – Ilonka, Ilonka – rodzice już są obok mnie.

Mama zapłakana, podkrążone oczy, ale uśmiecha się na mój widok. Ojciec milczy. Jedziemy do domu. Biorę gorącą kąpiel. Rodzice chcą porozmawiać.

Wiedzą, że „coś” biorę. Wiedzą, że to jest złe, bo przecież wszystkie narkotyki są złe. Jakąś świadomość problemu mają, tyle się o tym mówi w prasie czy w telewizji, ale tak naprawdę nie wiedzą, jak mi pomóc.

Jeszcze mi ufają. Jeszcze mi wierzą…

Stawiają mi ultimatum, myśląc,że znaleźli rozwiązanie problemu: dom, szkoła, po szkole do domu, żadnych znajomych, żadnego Adama.

Jeśli się dostosuję do tych zasad, po jakimś czasie odzyskam wolność.

Chcę spokoju, jestem rozbita, godzę się na warunki rodziców i obiecuję, że już nigdy więcej….

Lecz zupełnie co innego mam w głowie. Jestem oszustem.

To była część druga. Będzie coraz gorzej. Przeczytajcie część trzecią.

Część trzecia

Ściemniam, kłamię, kręcę. Po to, by mieć spokój, po to, by ćpać.

Okłamuję wszystkich, okłamuję samą siebie – zaciera mi się granica.

Dostaję swój pierwszy wyrok w zawieszeniu. W międzyczasie chodzę do szkoły, poznaję Julitę – ona też ćpa.

Jest ze mną w jednej klasie. Rok 2000/2001. Coraz więcej osób z mojego otoczenia bierze heroinę. Prawdziwy armagedon. Całkowita nieświadomka. Nikt naprawdę nie dysponuje wiedzą, co to naprawdę jest ta heroina.

Adam sprzedaje ludziom śmierć. Sprzedaje im ból, cierpienie – wszystko co najgorsze – dziś to wiem, ale wtedy….

Boże, gdybym wiedziała wtedy….

Ale wtedy nie wiem, żyję w fałszywym poczuciu normalności – przecież wszyscy biorą.

Zaczynają się kradzieże, to najłatwiejsza droga do tego, by mieć za co kupić heroinę.

Już nie zależy mi na Adamie tak jak wtedy, kiedy byłam „normalna, bo czysta”. Bardzie zależy mi na ćpaniu.

Nic nie jest tak ważne, jak heroina.

Adam coraz częściej jest wobec mnie agresywny.

A ja? Coraz częściej czuję, że… Nie czuję. Nie mam uczuć, nie mam nic – jestem wewnętrznie pusta. To, co złe, jest dla mnie dobre, to, co dobre, jest złe.

Okradam własny dom, własnych rodziców. W końcu umieszczają mnie w ośrodku. Nic to jednak nie daje, bo po dwóch tygodniach błagam mamę, by zabrała mnie do domu.

Zabiera. Z nadzieją, że przestanę. Nie przestaję. Ćpam dalej. Heroina jest wszędzie. W szkole, na osiedlu. Ma i ćpa ją każdy mój znajomy. Choćbym chciała, to jetem za słaba i nie potrafię nie chcieć, uzależnienie jest silniejsze.

Z pętlą uzależnienia na szyi spędzam z rodziną kolejne święta. Coraz częściej ląduję na komendzie. Adam idzie siedzieć. Ja zaliczam kolejne detoksy. Bez Adama już nie jest tak samo, jest gorzej i teraz to czuję, lecz nie ze względów uczuciowych, ale dlatego, że bez niego muszę kombinować heroinę sama i staję się jednym z klientów…

Pamiętam jak dziś, brak pieniędzy równał się brakiem towaru. Siedziałyśmy z Julitą u niej w domu na strasznym skręcie. Julita wyglądał fatalnie. Jak żywy trup. Nie miała siły, wyła z bólu, to było nie do zniesienia. To było nieludzkie. Musiałam coś zrobić. Dla niej, dla siebie. Poszłam i ukradłam pieniądze mojej młodszej siostrze. To było skurwysyństwo, ale wtedy było mi wszystko jedno.

Pamiętasz, Julita, jak sama bez sił prawie niosłam Cię do dilera na rękach? Dziś sama połamałabym sobie nogi, by ego nie zrobić. Ale wtedy miałam poczucie, że nas ratuję. A było wręcz odwrotnie.

U dilera spotykamy znajomego. Też jest z tematu.

- Masz blachę? – pytam Erwina spokojna, bo w dłoni trzymam już cztery ćwiary.

- Nie, ale mam coś lepszego – odpowiada. Wyjmuje strzykawki.

- Przypie****cie sobie, dziewczyny, to jest lepsze, lepszy wjazd przy mniejszej ilości towaru.

Julita chce, nakręca mnie. A ja? Boję się, ale muszę się zaleczyć. Nie ma folii, tylko pompki, a moje ciśnienie jest już nie do zniesienia. Godzę się. Erwin rozrabia nam towar na łyżeczce, dodaje wodę, trochę kwasku. – To po to, by towar się nie rozpuścił – tłumaczy widząc nasze spojrzenia. Julita pierwsza, wyciąga rękę. Erwin wkłuwa się w jej żyłę wstrzykując heroinę. Patrzę na jej reakcję. Z jej twarzy znika grymas bólu i cierpienia i zalewa ją błogostan.

- Ale zajebiście. To jest zajebiste – mówi.

Teraz ja. Ten sam schemat. Jest cudownie. Zalewa mnie fala euforii. Czuję się niesamowicie…

Na chwilę. Tylko na chwilę.

Jeszcze nie zdaję sobie sprawy, że teraz będzie już tak codziennie….

Któż teraz, jak nie ja, dotyka własnego dna, po to by zrozumieć, co znaczy siła zła….

To była część trzecia.

Część czwarta

OK – posłuchajcie. Moje prywatne, osobiste dno. „Stukam”. Bo prędzej czy później ćpanie heroiny doprowadza właśnie do „stukania”. To proste i logiczne jak drzewo genealogiczne. Kto stwierdzi inaczej jest głupcem i ignorantem.

Rodzice są cały czas przy mnie. Walczą o mnie – ze mną.

Detoksy, ośrodki, prywatne odtrucia w domu – piekło. Myślicie, że nie mam wyrzutów sumienia? Mam! Tyle że zaraz gasi je heroina i zapominam.

Trafiam do więzienia – na chwilę, 30 dni, ale to początek mojej przygody z kryminałem. Odwieszają mi wyrok – akcja „kitraj w majtki” puls nowe wyroki, które wyłapałam po drodze. W sumie te 30 dni niczego mnie nie uczą. Ten pobyt po jakimś czasie spływa po mnie i wracam do starego towarzystwa, do ćpania.

Ćpam, kradnę, handluję i tak w kółko. Męczy mnie to okrutnie, ale nie mam na tyle siły, by z tym zerwać, skończyć. Efektem końcowym jest kolejny pobyt w zakładzie karnym. Tyle że tym razem to nie są dni, a lata.

A co dalej? Historia się nie kończy, lecz tym razem na tym zakończymy…

Pozdrawiam wszystkich. Chcę Was przestrzec: narkotyki – kto w nie wpada, nie wychodzi. Taka jest zasada. To jest walka z samym sobą. Najważniejsze, by pozwolić sobie pomóc, by mieć silną wolę i chcieć z tym skończyć.

Życie ma się jedno i warto o nie zawalczyć.

Bo życie jest, jakim go kreujesz sam, nim kierujesz sam. Ściemniony gram ściąga do ciemności bram. Ja to znam, z mroku wracam, byłam tam….

Ilona

10 thoughts on “Opowiadanie Moniki

  1. ” Tak. Od jakiegoś czasu najwyższa strażniczka zauważyła brak jakichkolwiek informacji o nich we wspólnej jaźni, co do tej pory się nie zdarzało. Podejrzewamy, że wśród ludzi nie objętych blokadą urodził się ktoś właśnie z tą bardzo rzadką umiejętnością odłączania się od jaźni, a nie będąc pod wpływem naszej blokady. Spokojnie rozwijał swoją umiejętność i teraz może odłączyć każdego kogo zechce.” UFFFFFF. Nie pisz więcej… Niby pisać każdy może,ale po co?

  2. To co piszesz jednych zaciekawi, a innych nie to zrozumiałe, bo w końcu niby każdy może komentować tylko po co?:))))…mnie zaciekawiło twoje opowiadanie….pisz dalej

  3. Trochę poprawek wprowadziłabym,wytknę to,co mi wprowadza największy dysonans:)-Po pierwsze,imię żony Roberta-Roksana,zbyt pretensjonalne, moim zdaniem ,pasuje bardziej „gwieździe” z branży rozrywkowej dla dorosłych;),po drugie-kwestia rozrywek naszych głównych bohaterów-bilard,kebab,piwsko-really? Bardziej spodobałby się młodzieży;).Makaron z pieczarkami też trąci koloniami;P. Zbyt zwyczajnie.Ma być egzotik,pamiętaj!;)Jak s-f ,to s-f ,przynajmniej w połowie.No i to obłapianie się „w krzakach”(przysłowiowych).Poważne,dobrze zarabiające małżeństwa z klasą nie uprawiają sexu na zapleczu knajpy,a właściwie na zewnątrz,wierz mi;).Może jakiś namiętny sex na plaży,ukradkiem,owszem.Broń Boże,w aucie;).No i ten sąsiad,który jest zdolny „nasłać” koleżków na kogoś,by go pobili?A pfuj, co to jest,porachunki lumpiarskie w bramie w „kronice kryminalnej”?Poza tym,dialogi pomiędzy bohaterami drugoplanowymi bardzo dobre,nie ma sztuczności ani przymusu,lekko i łatwo się czyta.Mi się podoba!

  4. Miło i lekko się czyta. Masz tzw. lekkość pióra, a i wyobraźnia cię ponosi. To dwie podstawowe rzeczy potrzebne do tworzenia. Jeżeli sprawia ci to radość, to pisz. Wiesz ? Już w Starożytności mówili, że pisanie poezji jest balsamem na chorą duszę. Nikt, kto nie jest wrażliwy, nie sięgnie pióra.
    Cieszę się na dzień 21 marca 2017 r. Miałem przyjemność zaprosić kilka osadzonych na mój Wieczór Autorski w Centrum Promocji Kultury przy Podskarbińskiej. I moje zaproszenie zostało przyjęte, z czego się bardzo cieszę. A zrobiłem tak od serca, bo ci, co za murem, też mają serca.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Jarek B. Misztak
    adres usunięty – regulamin bloga

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>