Reportaże

Bezdomność – stan umysłu

W Polsce bezdomnych szacunkowo jest 33-37 tysięcy. Jednym z nich jest Ryszard, lat 49. Mimo że ma pokój, za który w dodatku płaci mało, czuje się bezdomny. – Bo bezdomność to w dużym stopniu bardziej stan umysłu niż brak zameldowania – mówi. I wspomina jeszcze: „musiałem się nauczyć być bezdomnym, żeby przeżyć”.

Ryszardowi na początku się powodziło. W ciągu miesiąca potrafił zarobić kilka pensji, sporo jeździł zagranicę, ponad 100 razy był na przykład na Węgrzech, przywoził stamtąd głównie kawę, czekoladę, gumy do żucia, dezodoranty, wszystko na handel, a dodatkowo zjechał sobie kawałek Europy. „Ale wyszło, jak wyszło”.

Poznał dziewczynę, która pracowała w tym samym zakładzie, co on na stałe, tylko że ona na portierni. Wynajął od niej działkę, zamierzał ją kupić, ale w pewnym momencie przyszedł facet z papierkiem, że ta działka jest jego. Do spłacenia działki zabrakło mu niewiele. A jednak musiał ją opuścić, wylądował na bruku. I wtedy się zaczęło: jakieś kombinacje, trochę spania po klatkach, trochę na Dworcu Centralnym, z czasem przypadkiem trafił pod namiot nad Wisłę z kolegą. Natomiast zarobić też musiał, a wspomina to tak: „To się chodziło na Gocław, na puszki, pozbierać złom, żeby na coś do jedzenia i papierosy było. W końcu połamałem sobie nogę w kostce, trafiłem do ośrodka na Rudnickiego, pobyłem tam ponad pół roku, jak zdjąłem gips, zatrudniłem się do rozdawania Metro”.

Po jakimś czasie Ryszardowi znudził się pobyt w ośrodku i znów wylądował nad Wisłą. Przyszła jednak zima i musiał uciekać, bo by nie wytrzymał – tak trafił do ośrodka „Wspak”. Tam zaczął znów pracować. Do Agatki, wolontariuszki w czasopiśmie, trafił Grzegorz Ciach, student Wyższej Szkoły Nauk Społecznych „Pedagogium”. Chciał zrealizować pomysł, polegający na zrobieniu przedstawienia na uczelni z udziałem bezdomnych.

Prof. Marek Konopczyński, rektor Pedagogium, zgodził się na wprowadzenie tych ludzi na scenę teatru. Już w 1991 roku przeprowadził pierwszy na świecie eksperyment skrzyżowania resocjalizacji i teatru. Z nietypowej hybrydy wyłoniła się Scena Coda – teatr resocjalizacyjny, w którym występowały wychowanki Schroniska dla Nieletnich i Zakładu Poprawczego w Warszawie-Falenicy. Dwie dekady później, z inicjatywy studenta, pojawił się pomysł na jego reaktywację w nowej odsłonie – tym razem z bezdomnymi.

Ryszard długo się wahał. Agata go trochę namawiała. Grzesiek zaczął latać m.in. do „Wspak” i szukał chętnych do udziału. Po znalezieniu ich w kilku innych miejscach, zaczęli działać, grać, tworzyć. Ryszard tak wspomina pierwsze spotkanie: „Ja się panicznie bałem, gdzie ja na deski, przed żywą publicznością, myślałem”. Ryszard poznał tam kilka nowych osób, kilka znał wcześniej, atmosfera od początku była ponoć cholernie fajna. Mówi: „Trzy spotkania były zupełnie luzackie, rozmawialiśmy z reżyserką i scenarzystką o głupotach, o wszystkim”. A na czwartym spotkaniu reżyserka wyłożyła dyktafon na stół. Ryszard: „Zaczęliśmy mówić każdy o sobie, swoje przeżycia, wrażenia. Pomalutku, jak żeśmy się oswoili z nimi i między sobą jako grupa, to coraz lepiej nam to szło. Na początku był to malutki scenariusz, zaczęliśmy go ćwiczyć, ale po kilku próbach, jak zobaczyli, że mamy potencjał, to on się rozrósł”.

W końcu nadszedł termin premiery, zorganizowali na próbę generalną widownię składającą się z gimnazjalistów, którzy byli na konkursie w „Pedagogium”. Była niepewność, obawa, mimo to spektakl zakończył się owacjami na stojąco i łzami w oczach publiczności. I to wszystko na dzień przed premierą. Kilka słów pochwalnych, motywujących, budujących padło od aktorów z teatru Buffo. Mówili: „marzeniem każdego aktora jest wycisnąć łzy z widowni, a wam się to udało”. Kolejne występy już były tylko przyjemnością.

Ryszardowi wyjście na scenę dało dużo, między innymi ogładę, czuje się pewniej, swobodniej. W życiu też. Sam mówi: „Patrzenie w oczy to kwestia szacunku. Jak z kimś obcym rozmawiam i odwracam wzrok, to znaczy, że czuję się słabszy, gorszy. Teraz reagujemy inaczej. Nabraliśmy pewności siebie”.

Dla Ryszarda jest to totalna odskocznia od tej szarej rzeczywistości, samo to, że jest miła atmosfera na takim spotkaniu, automatycznie znikają wszystkie zmartwienia, troski, wszystko mi odchodzi – podsumowuje. Po chwili dodaje: „Przez dwa dni mam święty anielski spokój, jestem tak wyluzowany że w głowie się nie mieści”.

Ponad 10 lat był bezdomnym. – Cały czas będę – mówi – chyba żeby się do mnie los uśmiechnął i wygrałbym jakieś wielkie pieniądze. Kupiłbym sobie mieszkanie, jakiś samochód i miał zapewniony byt, to bym się już nie czuł bezdomnym. Brak adresu w dowodzie przekreśla załatwienie wielu rzeczy.

Zdaniem Ryszarda jest mnóstwo ludzi bezdomnych, którzy są dobrze wykształceni, cholernie inteligentni, ale nasze społeczeństwo ma stereotypy. – Są też tacy, którzy nie piją, ale nie chcą wyjść z bezdomności. W dużym stopniu jest to kwestia psychiki. Chociaż praktycznie sięgnąłem dna, udało mi się od niego odbić. Ale to trzeba chcieć.

 

W Polsce bezdomnych szacunkowo jest 33-37 tysięcy. Jednym z nich jest Ryszard, lat 49. Mimo że ma pokój, za który w dodatku płaci mało, czuje się bezdomny. – Bo bezdomność to w dużym stopniu bardziej stan umysłu niż brak zameldowania – mówi. I wspomina jeszcze: „musiałem się nauczyć być bezdomnym, żeby przeżyć”.

Ryszardowi na początku się powodziło. W ciągu miesiąca potrafił zarobić kilka pensji, sporo jeździł zagranicę, ponad 100 razy był na przykład na Węgrzech, przywoził stamtąd głównie kawę, czekoladę, gumy do żucia, dezodoranty, wszystko na handel, a dodatkowo zjechał sobie kawałek Europy. „Ale wyszło, jak wyszło”.

Poznał dziewczynę, która pracowała w tym samym zakładzie, co on na stałe, tylko że ona na portierni. Wynajął od niej działkę, zamierzał ją kupić, ale w pewnym momencie przyszedł facet z papierkiem, że ta działka jest jego. Do spłacenia działki zabrakło mu niewiele. A jednak musiał ją opuścić, wylądował na bruku. I wtedy się zaczęło: jakieś kombinacje, trochę spania po klatkach, trochę na Dworcu Centralnym, z czasem przypadkiem trafił pod namiot nad Wisłę z kolegą. Natomiast zarobić też musiał, a wspomina to tak: „To się chodziło na Gocław, na puszki, pozbierać złom, żeby na coś do jedzenia i papierosy było. W końcu połamałem sobie nogę w kostce, trafiłem do ośrodka na Rudnickiego, pobyłem tam ponad pół roku, jak zdjąłem gips, zatrudniłem się do rozdawania Metro”.

Po jakimś czasie Ryszardowi znudził się pobyt w ośrodku i znów wylądował nad Wisłą. Przyszła jednak zima i musiał uciekać, bo by nie wytrzymał – tak trafił do ośrodka „Wspak”. Tam zaczął znów pracować. Do Agatki, wolontariuszki w czasopiśmie, trafił Grzegorz Ciach, student Wyższej Szkoły Nauk Społecznych „Pedagogium”. Chciał zrealizować pomysł, polegający na zrobieniu przedstawienia na uczelni z udziałem bezdomnych.

Prof. Marek Konopczyński, rektor Pedagogium, zgodził się na wprowadzenie tych ludzi na scenę teatru. Już w 1991 roku przeprowadził pierwszy na świecie eksperyment skrzyżowania resocjalizacji i teatru. Z nietypowej hybrydy wyłoniła się Scena Coda – teatr resocjalizacyjny, w którym występowały wychowanki Schroniska dla Nieletnich i Zakładu Poprawczego w Warszawie-Falenicy. Dwie dekady później, z inicjatywy studenta, pojawił się pomysł na jego reaktywację w nowej odsłonie – tym razem z bezdomnymi.

Ryszard długo się wahał. Agata go trochę namawiała. Grzesiek zaczął latać m.in. do „Wspak” i szukał chętnych do udziału. Po znalezieniu ich w kilku innych miejscach, zaczęli działać, grać, tworzyć. Ryszard tak wspomina pierwsze spotkanie: „Ja się panicznie bałem, gdzie ja na deski, przed żywą publicznością, myślałem”. Ryszard poznał tam kilka nowych osób, kilka znał wcześniej, atmosfera od początku była ponoć cholernie fajna. Mówi: „Trzy spotkania były zupełnie luzackie, rozmawialiśmy z reżyserką i scenarzystką o głupotach, o wszystkim”. A na czwartym spotkaniu reżyserka wyłożyła dyktafon na stół. Ryszard: „Zaczęliśmy mówić każdy o sobie, swoje przeżycia, wrażenia. Pomalutku, jak żeśmy się oswoili z nimi i między sobą jako grupa, to coraz lepiej nam to szło. Na początku był to malutki scenariusz, zaczęliśmy go ćwiczyć, ale po kilku próbach, jak zobaczyli, że mamy potencjał, to on się rozrósł”.

W końcu nadszedł termin premiery, zorganizowali na próbę generalną widownię składającą się z gimnazjalistów, którzy byli na konkursie w „Pedagogium”. Była niepewność, obawa, mimo to spektakl zakończył się owacjami na stojąco i łzami w oczach publiczności. I to wszystko na dzień przed premierą. Kilka słów pochwalnych, motywujących, budujących padło od aktorów z teatru Buffo. Mówili: „marzeniem każdego aktora jest wycisnąć łzy z widowni, a wam się to udało”. Kolejne występy już były tylko przyjemnością.

Ryszardowi wyjście na scenę dało dużo, między innymi ogładę, czuje się pewniej, swobodniej. W życiu też. Sam mówi: „Patrzenie w oczy to kwestia szacunku. Jak z kimś obcym rozmawiam i odwracam wzrok, to znaczy, że czuję się słabszy, gorszy. Teraz reagujemy inaczej. Nabraliśmy pewności siebie”.

Dla Ryszarda jest to totalna odskocznia od tej szarej rzeczywistości, samo to, że jest miła atmosfera na takim spotkaniu, automatycznie znikają wszystkie zmartwienia, troski, wszystko mi odchodzi – podsumowuje. Po chwili dodaje: „Przez dwa dni mam święty anielski spokój, jestem tak wyluzowany że w głowie się nie mieści”.

Ponad 10 lat był bezdomnym. – Cały czas będę – mówi – chyba żeby się do mnie los uśmiechnął i wygrałbym jakieś wielkie pieniądze. Kupiłbym sobie mieszkanie, jakiś samochód i miał zapewniony byt, to bym się już nie czuł bezdomnym. Brak adresu w dowodzie przekreśla załatwienie wielu rzeczy.

Zdaniem Ryszarda jest mnóstwo ludzi bezdomnych, którzy są dobrze wykształceni, cholernie inteligentni, ale nasze społeczeństwo ma stereotypy. – Są też tacy, którzy nie piją, ale nie chcą wyjść z bezdomności. W dużym stopniu jest to kwestia psychiki. Chociaż praktycznie sięgnąłem dna, udało mi się od niego odbić. Ale to trzeba chcieć.

Kajzerka

 Wyrok w sprawie o miłość

Kasia ma 49 lat i dziecięce porażenie mózgowe, jest częściowo sparaliżowana (od pasa w dół), ręce ma też niezbyt sprawne. Mówi powoli i dość niewyraźnie, ale logicznie, bardzo składnie, intelektualnie i psychicznie jest zdrowa. Andrzej ma 38 lat, w papierach orzeczenie o niepełnosprawności intelektualnej w stopniu umiarkowanym. Gdy poznali się 11 lat temu, nie przypuszczali, że o swoją miłość będą musieli walczyć przed sądem. Bo artykuł 12 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego stanowi: „Nie może zawrzeć małżeństwa osoba dotknięta chorobą psychiczną albo niedorozwojem umysłowym. Jeżeli jednak stan zdrowia lub umysłu takiej osoby nie zagraża małżeństwu ani zdrowiu przyszłego potomstwa i jeżeli osoba ta nie została ubezwłasnowolniona całkowicie, sąd może jej zezwolić na zawarcie małżeństwa”.

W podobnej sytuacji są prawie 2 miliony osób w Polsce: na ok. 5 mln osób z niepełnosprawnością 1,5 mln ma schorzenia psychiczne, a 220 tysięcy niepełnosprawność intelektualną – tak wynika z raportu GUS „Stan zdrowia ludności 2014”. W niektórych krajach, na przykład Niemczech, Belgii, Holandii, Szwecji i Stanach Zjednoczonych mogą się pobierać w ramach instytucji tak zwanych małżeństw chronionych, objętych opieką socjalną.

Kasia i Andrzej poznali się na czacie internetowym w 2007 roku. Jak wspomina Andrzej: „Ja po prostu wchodziłem do różnych pokoi. I w jednym trafiłem na Kasię”. Pokój miał nazwę „niepełnosprawni”, a login katarzyna68 zaciekawił Andrzeja, zaczął zastanawiać się, czy ma 68 lat, czy się urodziła w 1968 roku (na to wspomnienie Andrzej się śmieje). Wymienili się numerami gadu-gadu, później telefonu, a po czterech dniach zobaczyli się na Skype. Kasia pierwsza wyszła z inicjatywą spotkania, Andrzej nie zastanawiał się długo, jeszcze tego samego dnia pojechał do niej. Pod pretekstem (dla mamy), że wolontariusz, który się nią opiekował zachorował i Kasia nie ma z kim wyjść na spacer. Nie zniechęcił go nawet obstrzał pytań, którym przywitali go mama i tata Kasi. „Ale bardziej mama” (z uśmiechem wspomina Andrzej). „Było warto”, dodaje. Wspominając o tym, Andrzej widzi kobietę w pięknej kolorowej sukni, w długich rozpuszczonych włosach i ze szczerym uśmiechem od ucha do ucha. Kasia natomiast pamięta, że uważnie Andrzeja obserwowała. Podobał jej się jako człowiek. Jak teraz to wspomina, mówi tak: „Z charakteru to mi się podobał wcześniej, a z wyglądu wtedy, jak się spotkaliśmy”.

Na pierwszą randkę Andrzej zabrał Kasię do Parku Skaryszewskiego. Miło spędzili czas, choć wciąż nawzajem się obserwowali. Andrzej wtedy znalazł: „szczerość, piękne oczy, no i uważne słuchanie”. Jak mówi: „Bo to jest najważniejsze, żeby się wsłuchać w każde słowo”.

Kasia znalazła: „cierpliwość, szczerą rozmowę i spokój”. To była pierwsza w jej życiu randka. Nigdy przedtem nie miała przyjaciela, z którym mogłaby nią pójść. Andrzej z kolei mówi o swoim związkach tak: „miałem, ale takie związki krótkotrwałe. Część była na żywo, część przez Internet”. Na pytanie, dlaczego krótkotrwałe, czego dziewczynom brakowało, odpowiada: „cierpliwości”. I dodaje: „W obie strony to działało”.

Ich znajomość przekształciła się w miłość i od tego czasu są razem, ale miłość musieli powalczyć.

Kasia mieszkała na Pradze, a Andrzej na Woli. Po śmierci rodziców Kasi Andrzej przeprowadził się do niej, a po pół roku jej się oświadczył. Dokładnie 13 października 2009 roku, dzień po jej urodzinach, zabrał Kasię na zakupy do supermarketu i poprosił, żeby zaczekała na niego chwilkę, po czym wrócił z pierścionkiem. Zapytał, czy chciałaby zostać jego narzeczoną. Ona od razu powiedziała: „tak!”. W bajce kończyłoby się to słowami: „I żyli długo i szczęśliwie”. Ale życie to nie bajka.

Gdy poszli do urzędu stanu cywilnego, żeby złożyć papiery, pan kierownik, patrząc na Kasię, stwierdził, że zanim to zrobi, musi przejść badania psychiatryczne. Powiedział, że nie udzieli ślubu, bo ona niewyraźnie mówi. Na co Kasia odpowiedziała, że jeszcze mu pokaże. Jak powiedziała, tak zrobiła. Następnego dnia pojechali do redakcji i opowiedzieli całą historię. „Redaktorowi gazety włosy stanęły dęba”, opowiadają Kasia i Andrzej. Po prostu nie mógł uwierzyć w to, jak urzędnik ich potraktował.

Artykuł ukazał się na pierwszej stronie, był szeroko opisany, po czym cała Polska już o tym wiedziała, a ludzie się dziwili, jak można potraktować tak osobę niepełnosprawną. Rozgłos w gazecie bardzo im pomógł. Ich sprawą zainteresowała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Na jej prośbę reprezentacji Kasi i Andrzeja podjął się adwokat Tomasz Lustyk. W dokumentacji na stronie fundacji stan faktyczny Kasi opisano tak: „Niepełnosprawność K. Barszczewskiej ma charakter czysto fizyczny. Pod względem psychicznym i intelektualnym K. Barszczewska jest w pełni sprawna, co potwierdza wysoki iloraz inteligencji i ukończenie przez nią studium ekonomicznego. K. Barszczewska potrafi artykułować swoje myśli – mówi powoli i niewyraźnie, lecz przy wykazaniu cierpliwości przez odbiorcę jej komunikaty są w pełni zrozumiałe”.

Kasia: „Bez gazety byłoby ciężko to wywalczyć, ale to, jak się traktuje człowieka, to nie może bez echa zostać. To jest takie poniżanie człowieka”.

Wyrok zezwalający na małżeństwo wydał Sąd Okręgowy dla Warszawy Pragi Północ w styczniu 2012 roku. Ślub był w kwietniu 2012 roku. Świadkowie: prof. Irena Lipowicz (wtedy Rzecznik Praw Obywatelskich) i Krzysztof Koman (prezes Fundacji Pomocy Ludziom Niepełnosprawnym). Kasia i Andrzej byli pierwszą taką parą, wcześniej, jak mówi Krzysztof Koman, inne pary próbowały, ale się nie udało, zrezygnowały z obawy przed batalią sądową, spotkaniami z psychiatrami, z mecenasem, z mediami… Kasia: „Ja mam taki charakter, że ja jestem uparta”. Andrzej: „Tak, ale czasami jest tak, że jeżeli zaczyna powoli, jak to się mówi, wygasać, to muszę ją podeprzeć, żeby ten ogień był większy, żeby się nie poddawała”.

- A co po ślubie?

Kasia: „Jak przyszliśmy do domu, to odetchnęłam, że się udało. I chyba tylko nam. Ja chciałam go mieć”.

- Papierek czy Andrzeja?

- I to, i to. Wreszcie mam rodzinę: pies, kot, rybki i królik (Kasia nie może mieć dzieci).

22 listopada 2016 roku Trybunał Konstytucyjny w składzie pięcioosobowym jednomyślnie uznał, że przepis zakazujący osobom z chorobą psychiczną lub niepełnosprawnością intelektualną jest zgodny z Konstytucją RP. Była to odpowiedź na złożony 12 maja 2015 roku wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich o zbadanie, czy żądanie sądowej zgody na ślub jest konstytucyjne. Podstawą wniosku była historia Katarzyny Barszczewskiej i Andrzeja Dudy.

U.A.

 

2 thoughts on “Reportaże

  1. To znaczy , że osoba upośledzona w dalszym ciągu nie ma praw obywatelskich? Dziwne?
    A tak to fajnie piszesz, masz więcej takich ciekawych relacji?
    Darek

    1. Osoba upośledzona ma swoje prawa, natomiast co do zawierania związków prawo jest zbyt drastyczne. Może kiedyś ulegnie zmianie. Miejmy nadzieję.
      Pozdrawiamy,
      U.A i Kajzerka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>